Resident Evil 2 #2: Komisariat opanowany przez trupy
Nazywam się Leon S. Kennedy. Jestem policjantem. Pod koniec września 1998 roku znalazłem się w samym centrum koszmaru, który rozegrał się w Racoon City. Oto moja historia.
Nazywam się Leon S. Kennedy. Jestem policjantem. Pod koniec września 1998 roku znalazłem się w samym centrum koszmaru, który rozegrał się w Racoon City. Oto moja historia.
Sytuacja w tabeli grupy H Ligi Mistrzów po trzech kolejkach tylko potwierdzała, że walka w tej czwórce będzie toczyć się do samego końca. Nawet Barcelona nie mogła być pewna gry w Champions League na wiosnę.
Budzę się w zakrwawionym, brudnym ubraniu. Nadal jestem na płycie niewielkiego lotniska w Los Angeles. Próbuję po kolei ruszyć każdą z kończyn. Mam czucie w rękach i nogach, więc nie jest najgorzej. Mam zawroty głowy i mdli mnie. Jakoś jednak muszę dostać się do Tanaki i przekazać mu wiadomość.
Nazywam się Leon S. Kennedy. Jestem policjantem. Na początku października 1998 roku miałem rozpocząć służbę na komisariacie w Racoon City. To miał być mój pierwszy przystanek w karierze, miejsce zbierania tak potrzebnych w zawodzie stróża prawa doświadczeń. Nie spodziewałem się, że zmieni moje życie całkowicie, a tamten czas będę wspominać w kategoriach największego koszmaru.
To był nagły i niekontrolowany wybuch złości. Niczym sir Alex Ferguson przed laty w szatni Manchesteru United, wpadłem w szał i przestałem myśleć zdroworozsądkowo. Poleciały przekleństwa, miotałem się po pomieszczeniu i retorycznie pytałem podopiecznych, czy wiedzą, na czym polega ich praca.
Ze snu budzą mnie niewyraźne głosy. Próbuję skupić się na słowach, ale idzie mi to ciężko. Słyszałeś o tym psychopacie, który wpadł do warsztatu z karabinem i kataną? Za dużo japońskich filmów najwyraźniej się naoglądał – śmieje się stojący przy samochodzie młody chłopak z chustą na głowie. Podnoszę się z pleców za głośno, bo daję im znać o swojej obecności.
Trzeba było pokonać u siebie Celtic, w teorii najsłabszy zespół grupy H, by marzyć o wiośnie w europejskich pucharach. Znałem jednak doskonale taktykę Szkotów. Na wyjazdach bronią Częstochowy i rachują kości, by nokautujące ciosy zadawać przed własną publicznością.
Na teren warsztatu samochodowego Extreme Wheels wjeżdżam bez najmniejszych problemów, przez szeroko otwartą bramę. Ledwo wysiadam z pożyczonego od Angel nissana skyline, gdy słyszę głos wydzierającego się w moim kierunku grubasa. Uzbrojony w kij bejsbolowy grozi, że nauczy mnie szacunku do prywatnych posesji. Czyli jednak zamknięte.
Lagos, Amsterdam, Rzym, Berlin. Poszło szybko i sprawnie, bo okazało się, że z Makelele i Xabim Alonso The Cobras w każdym z tych miejsc prezentowali poziom poza zasięgiem konkurencji. I to pomimo faktu, że w niektórych potyczkach francuski pomocnik występował mocno „przemęczony” po poprzedzającym wieczorze.
Sława mnie wyprzedza, bo recepcjonistka zatrudniona w salonie masażu gra na czas i dyskretnie informuje o moim przybyciu ochroniarzy Angel. Chowam się za biurkiem, gdy kolejne pociski dziurawią drzwi wejściowe i stojące przy wejściu rośliny. Czuję się dziwnie spokojnie. Jakbym już przyzwyczaił się do życia w nieustannym zagrożeniu i sytuacji, w której co chwila trzeba kogoś posłać do piachu, by samemu nie trafić w...