Zombie Driver #7-ost: Ostatnia przysługa
Miasto chyliło się upadkowi. Armia nie ratowała już cywilów, bo założyła, że nikt nie zdołałby przetrwać tyle czasu, będąc zdanym wyłącznie na siebie. Teraz chodziło już tylko o wyciągnięcie naukowców i uratowanie wyników prowadzonych przez nich badań. W domyśle w trosce o uratowanie reszty świata przed ewentualną pandemią.
Płonący autobus
Blofeld bez zająknięcia zlecił mi kolejną misję ratunkową, w ramach której miałem odwiedzić cztery laboratoria i zgarnąć stamtąd badaczy. Na liście było dwanaście nazwisk, więc by nie krążyć w tę i z powrotem po ulicach pełnych żywych trupów zabrałem kluczyki do autobusu. Wszyscy cieszyli się na mój widok. Trudno, żeby reagowali inaczej, bo wokół ich miejsc pracy wprost roiło się od wygłodniałych zombi. Przygotowanie terenu pod bezpieczne przejście z budynku do pojazdu zajmowało masę czasu i oznaczało ostrą walkę oraz mnóstwo wystrzelonych pocisków. Na szczęście miałem już do dyspozycji ulepszoną broń, w tym railguna, który po aktualizacji obejmował przy każdym strzale spory obszar.
Przy trzecim punkcie postojowym autobus był już na granicy wytrzymałości. Pojawiły się płomienie, a ja poczułem, że to koniec. Silnik harczał, karoseria rozpadała się, dym wdzierał się do kabiny i gryzł w oczy. W ostatniej sekundzie złapałem apteczkę, ratując się przed eksplozją. Balansując tak na granicy życia i śmierci dotarłem pod ostatni wskazany adres. Mężczyzna w garniturze, siedzący w domu na przedmieściach, traktował mnie jak umówioną taksówkę. Nie wyglądał na przejętego w najmniejszym stopniu tym, co dzieje się wokół.
Coraz mniej wierzyłem w swoje szanse na uratowanie skóry. Czułem się źle. To wcześniejsze zadrapanie przez zainfekowanego kota-zombi dawało się mi we znaki. Paru pasażerów sugerowało, że powinienem się przebadać. Blofeld nie wspominał nic o planie ewakuacji. Ten temat dziwnie zniknął z naszych dyskusji.
Toksyny w parku
Okoliczności sprzyjały generałowi, pomagając unikać trudnych rozmów. W mieście działo się coraz gorzej. W parku, gdzie wcześniej pojawiła się zmutowana roślina, natura pod wpływem wirusa zaczęła wytwarzać jakąś toksyczną maź. Naukowcy wymyślili, że rozpylając gaz, który odstrasza zombi, w trzech punktach parku, zatrzymamy lub spowolnimy cały proces. Oczywiście podjąć się tego miałem ja. Wsiadłem za kółko supersamochodu i pojechałem stoczyć kolejną bitwę z zombiakami.
Najpierw zniszczyłem wszystkie góry mięsa, które produkowały nowych nieumarłych w szokującym tempie. Kiedy park przestał przypominać morze gnijących ciał, zabrałem się do roboty. Rozpylenie gazu, podobnie jak wcześniej, poszło gładko.
Tylko co z tego. Wykonałem misję, a kilkanaście godzin później dowiedziałem się, że plan zawiódł, a nawet sprokurował kolejne problemy. Pod wpływem gazu i wszystkich toksycznych substancji pojawił się nowy, gigantyczny osobnik. Mutant, którego możliwości bała się chyba nawet armia.
Abominacja
Co więc zdecydowali wojskowi? Że do takiego zadania najlepiej nada się przypadkowo spotkany na początku epidemii cywil, który całkiem dobrze radzi sobie za kółkiem. W tym momencie było mi już całkiem wszystko jedno, co się wydarzy i co jeszcze wymyśli Blofeld. Zapakowałem się do supersamochodu, wysłuchałem kilku zdań instrukcji i pojechałem ponownie do parku na rzeź.
Przerażające bydle stało w samym centrum zielonej enklawy. Dawniej idealne miejsce na rodzinny piknik, teraz było żygowatożółte i odpychające. To najlepiej symbolizowało upadek ekosystemu pod wpływem toksycznych substancji. Połączenie skażonych roślin i zmutowanych ciał przerażało. Zamiast kwiatu, ta „roślina” miała na górze wielką gębę, a kilka mniejszych wyrastało z łodygowatego ciała. To było z pewnością coś, co mogło napawać zwykłego człowieka odrazą. Aż chciało się trzymać spust do momentu aż abominacja nie zniknie lub przynajmniej nie zmieni się w krwistoczerwoną breję.
Potwór był podobnie upierdliwy jak poprzednie, z którymi musiałem się zmierzyć. Nieruchomy, więc teoretycznie łatwy jako cel. Groźny jednak o tyle, że zadający spore obrażenia, jeśli tylko zatrzymało się samochód na o jedną sekundę za długo. Zlikwidowałem najpierw góry mięsa, by zmniejszyć liczbę zombiaków kręcących się po parku, a potem zabrałem się za główny cel. Robiłem kółka i ósemki wkoło monstrum i kiedy tylko maska supersamochodu ustawiła się na chwilę na wprost cielska, odpalałem salwę pocisków z karabinów lub rakiety. Cokolwiek, co akurat znalazłem w okolicy. Walało się tego niemało.
Wiadomość od generała
Potańczyliśmy tak chwilę aż w końcu zmutowany organizm nie wytrzymał. Ołów i dziury po eksplozjach uniemożliwiły dalsze funkcjonowanie nawet tak pokręconemu wytworowi chorych eksperymentów. Bestią wstrząsnęło, a potem ciśnienie napierające od środka rozerwało jej łeb, zalewając teren krwią. Wycieraczki z trudem usunęły maź z przedniej szyby. Wróciłem do bazy.
Blofeld świętował zwycięstwo razem ze mną. Podobno agonalny krzyk potwora było słychać w całym mieście. W tamtym momencie jednak już chyba obaj mogliśmy tylko udawać, że jedziemy na tym samym wózku. Następnego ranka powitała mnie krótka wiadomość od generała.
„Umieściliśmy bombę w parku. Ewakuujemy cały personel wojskowy z zasięgu rażenia, ale nie możemy zabrać cię ze sobą, synu. Dobrze było cię poznać…”. Generał wydał wyrok, zamykając rozdział, który może kiedyś sobie powspomina na emeryturze.
Wielki wybuch
Miałem półtorej minuty, by się uratować. Wsiadłem do supersamochodu i wcisnąłem gaz do dechy. Gnałem na północ, mijając znane ulice, zniszczone budynki, płonące wraki. Rozjeżdżałem ostatnie, jak miałem nadzieję, zombi, które próbowały jeszcze zablokować mi drogę. Liczyłem, że jakimś sposobem wystarczy mi czasu, by odpowiednio daleko oddalić się od ładunku nuklearnego. Odwaliłem kawał dobrej roboty w tym mieście i nie chciałem zniknąć, jak tysiące innych mieszkańców, których kiedyś ktoś najwyżej wspomni na jakimś pomniku czy zbiorowej mogile.
Drogi były odblokowane. Armia, zajęta ewakuacją, nie przejmowała się detalami, które mogły okazać się kluczowe dla losów świata. Wypadłem na trasę prowadzącą poza miasto i niedługo później dostrzegłem w lusterkach rozbłysk światła. Po nim przyszedł huk. Ogromna siła uderzyła w tył samochodu i nie mogłem nic zrobić, by utrzymać je na drodze. Auto wylądowało na skałach, a ja z impetem uderzyłem głową o kierownicę…
To była ostatnia świadoma myśl tego kierowcy. W tamtym momencie jego organizm przegrał już ostatecznie walkę z wirusem. Dołączył do grona tych, których wybijał dziesiątkami tysięcy podczas kilku ostatnich dni w mieście. Opuszczał swoją maszynę jako wygłodniały i szukający świeżego mięsa kierowca zombi…
KONIEC
—
Zombie Driver: Immortal Edition to wydana w 2019 roku na PlayStation 4 strzelanka z widokiem z góry, w której siadamy za sterami różnych pojazdów i próbujemy przetrwać w mieście pełnym nieumarłych. To była długa i emocjonująca walka, która przyniosła zadziwiająco wiele inspiracji i treści do opowiadania z gry. Mam nadzieję, że miło spędziliście czas, towarzysząc kierowcy bez imienia w jego misjach. Co dalej? Sprawdźcie inne serie na bazie dużych i małych produkcji, które mam przyjemność sprawdzać!
Nie przegap innych materiałów z Gralingradu, w których podróżuję przez produkcje stare i nowe. Obserwuj profile bloga na Facebooku, X-ie, Instagramie i YouTube. Możesz również wspomóc stronę na Patronite, a jeśli doceniasz moje starania w takiej formie gier relacjonowania – postaw mi kawę, która pozwoli mi przetrwać w mieście pełnym zombi! Dziękuję z góry!





