Otagowano: Football Manager
Puszcza pod okiem Stacha rozrastała się i kwitła, zaznaczając swoją pozycję w 1. lidze. Większość kibiców nie mogła uwierzyć, że zespół skazywany na walkę o utrzymanie, bije się o awans do ekstraklasy. Prześmiewcy polskiej piłki mieli używanie, znajdując kolejny dowód na to, że rozgrywkom bliżej do cyrku niż poważnego futbolu.
Stach Mizeria szybko zdobywał serca kibiców Puszczy, którzy zaczynali wierzyć w jego projekt. Jednocześnie jednak zyskiwał też w błyskawicznym tempie nowych wrogów. Dla wielu stał się symbolem, nomen omen, mizernego poziomu polskiej piłki, w której sukcesy odnosić może ktoś tak oderwany od rzeczywistości, bez zaplecza teoretycznego i praktycznego doświadczenia, jak Mizeria właśnie.
Puszcza zakończyła okres przygotowawczy znikąd niespodziewaną porażką 1:3 z Avią Świdnik. Stach od początku traktował ten sparing jak eksperyment w kontrolowanych warunkach. Wypuścił na boisko paru zawodników przyspawanych w poprzednich meczach do ławki rezerwowych, co by jeszcze lepiej rozeznać się w materiale, na którym miał pracować przez kolejne miesiące. Do 30 minuty wszystko wyglądało dobrze, ale później Żurek się zagotował i wyleciał z boiska...
Dziennikarze z niecierpliwością czekali na pierwsze decyzje Mizerii jako trenera Puszczy. W Niepołomicach panował nieco niezrozumiały nastrój optymizmu, wynikających z pozytywnych komentarzy Stacha o klubie. Mało kto był przygotowany na to, co miało nadejść.
Państwo Mizeria opuścili ojczyznę niedługo po wojnie. Wyruszyli na zachód, nie mając konkretnego planu i żadnych oczekiwań. Wtedy jeszcze nie przypuszczali, że staną się obywatelami Haiti, którzy kolejne dekady swojego życia spędzą w niewielkim miasteczku na północy małej wyspy na Morzu Karaibskim.
Na zakończenie tej bodaj najdłuższej kariery w Football Managerze, jaką przyszło mi opisywać, wypada zrobić podsumowanie. W 130. odcinku zebrałem trochę swoich przemyśleń na temat tych kilkunastu miesięcy gry.
Przegrywając z kretesem z Liverpoolem w półfinale Ligi Europy, straciliśmy szansę na trzecie potencjalne trofeum. Zostawał tylko Puchar Francji. Z uwagą obserwowałem swoich podopiecznych w pierwszych dniach po klęsce na Anfield Road, próbując odczytać ich nastroje. Szukałem potwierdzenia, że nie poddali się i nadal mają w sobie siłę, by dowieźć ten sezon do końca w dobrym stylu. A było o co walczyć, bo w...
Cztery mecze w siedem dni. Trzy kolejne wyjazdy. Sytuacja wyglądała na taką, z którą miałby problem poradzić sobie topowy klub Europy, o rozbudowanej kadrze i przygotowanym zapleczu. Co dopiero, nieśmiało stawiające swoje kroki w elicie Paris FC.
Do przerwy w ćwierćfinałowym dwumeczu Ligi Europy z udziałem ACF Fiorentina i Paris FC ekipa z Francji prowadziła już 3:0. Rywalizacja w tej parze wyglądała na rozstrzygniętą. Piłkarscy bogowie mieli jednak nieco inne plany.
Kwiecień miesiącem uzyskiwania odpowiedzi. Tych na temat możliwości obecnej kadry Paris FC oraz tych dotyczących moich umiejętności trenerskich. Taka mini sesja na studiach, ale bez możliwości podejścia do poprawek. Każdy uwalony egzamin oznaczał koniec marzeń o jednym trofeum.