Otagowano: Football Manager
Inwestycja za parę milionów pozwoliła Zagłębiu Sosnowiec zwiększyć pojemność stadionu do 5750 miejsc. Zarząd z dumą podkreślał znaczenie projektu, który symbolizował dalszy rozwój klubu. Stach nie mógł jednak opędzić się od myśli, że wszystko to przypomina trochę kabaret. W gruncie rzeczy było równie istotne, co użądlenia komara.
Zanosiło się na najciekawszą końcówkę sezonu od lat. Może kwestia mistrzostwa wydawała się już rozstrzygnięta, patrząc na przewagę Lechii, ale o podium nadal biło się kilku chętnych. Wśród nich niepozorne Zagłębie Sosnowiec Stacha Mizerii.
W Gdańsku pamiętali doskonale tę zniewagę. Tę potwarz, to uderzenie mokrą ścierą prostą w twarz. Lechia spoglądała na rywali z fotela lidera, gdy jesienią niżej notowane Zagłębie śmiało ją tak upokorzyć. Teraz przyszedł czas zemsty.
W związku zrobiono sporo, by pomóc Koronie zapunktować w starciu z Zagłębiem. Paru ważnych graczy Mizerii pauzowało z powodu kartek, a dodatkowo w 58 minucie sędzia skorzystał z okazji, by wyrzucić z boiska środkowego pomocnika Serafina. Na tablicy wyników widniało wtedy jeszcze 1:1.
Rozgromiona 4:0 rewelacja rozgrywek, w postaci Wisły Kraków, okazała się tylko przystawką przed daniem głównym. Stach zamierzał zaserwować je swoim krytykom niczym czarną polewkę.
Zagłębie Sosnowiec nieźle zaczęło sezon, zdobywając kilka cennych punktów. Efektowny triumf nad Lechem Poznań został dostrzeżony przez ekspertów, którzy musieli nieco zrewidować swoje poglądy na temat szans zespołu prowadzonego przez Mizerię. Stach wydawał się kontrolować sytuację i pewnie prowadzić drużynę. Jak to jednak on, musiał przy okazji coś spieprzyć.
Zatrudnienie Stacha Mizerii przez Zagłębie Sosnowiec spotkało się z mieszanymi reakcjami w polskim światku futbolowym. Balansujący w poprzednich rozgrywkach na krawędzi degradacji klub brał trenera, który w poważnej piłce nic nie osiągnął, za to parę razy spuścił już prowadzoną drużynę do niższej ligi.
Stach nie był ogórkiem. Nigdy nie chciał nim być. Zamierzał więc zrobić wszystko, żeby nie spędzić kolejnego sezonu, kisząc się w 1. lidze. Ekstraklasa mu zasmakowała, choć potraktowała go brutalnie i ledwie po roku wyprosiła za drzwi, rzucając na odchodne, żeby nie wracał. Nie przejął się tym. Chciał elity, pragnął jej każdym koniuszkiem swojego pulchnego ciała.
Stach Mizeria z zadowoleniem obserwował swoich podopiecznych, którzy w kolejnych sparingach budowali formę i popisywali się całkiem niezłą skutecznością. Zakontraktowani przeciwnicy nie byli może wysokiej klasy, bo trudno uznać za taką choćby rezerwy Dynama Kijów, ale dobrze odzwierciedlali poziom ligowej kopaniny, która czekała Puszczę w następnych tygodniach.
Zima w Niepołomicach w niczym nie przypominała pory roku, którą kojarzyli sprzed laty miejscowi nauczyciele, hydraulicy, policjanci i oczywiście drogowcy. Na drogach próżno było wypatrywać śniegu, chodników nie pokrywał ani lód, ani tym bardziej sól. Miejscowa Puszcza też jakoś nie wpisywała się w znane schematy, bo znowu zaskakiwała formą i niespodziewanie zgłaszała chęć powrotu do ekstraklasy.