Slime Rancher #4-ost: Dwie drogi
Przebyłam wiele lat świetlnych, by się tu znaleźć. Przejęłam ranczo, biorąc na siebie odpowiedzialność za doprowadzenie go do dawnej świetności. Początkowo szło mi naprawdę dobrze. Rozwijałam farmę, hodowałam żelki, sprzedawałam coraz więcej plortów. Odkrywałam ten świat, podążając śladami mojego poprzednika Hobsona. Tak znalazłam się w tym samym punkcie, co on.
Zahipnotyzowana pustynią
Szklana pustynia była niczym magnes. Zamykałam oczy i widziałam ją przed sobą. Odkąd pierwszy raz postawiłam tam stopę, zaczęłam odczuwać zmęczenie codzienną pracą. Zbieranie plortów, karmienie żelków. Wszystko to jedynie zabierało mi czas, który chciałam przeznaczyć na eksplorację pustyni. Cichej i tajemniczej. Niegościnnej i nieprzeniknionej.
Zainwestowałam zdobyte surowce w wytworzenie drona, któremu poleciłam zbieranie plortów z zagród. Wypełniłam podajniki jedzeniem dopasowanym do potrzeb poszczególnych gatunków. Uruchomiłam teleporter, który pozwalał mi zaoszczędzić czas potrzebny na dotarcie do wrót w antycznych ruinach. Zadbałam o wszystko, byle tylko jak najmniej kwestii mogło mnie odciągnąć od badania pustyni i odkrywania jej sekretów. Hobson też tam dotarł, a potem zniknął. Ciekawość pożerała mnie od środka i musiałam ją zaspokoić.
Początkowo poruszałam się po tej niepokojąco cichej pustyni po omacku. Wszystko tutaj wyglądało jakoś obco i nieprzyjaźnie, zupełnie inaczej niż na moim skrawku ziemi z ranczem. Ilekroć zaczynałam zagłębiać się trochę dalej, powracały dziwne anomalie, które sprowadzały wybuchające gejzery. Czerwona aura zmuszała mnie do salwowania się ucieczką i przerwania dalszej eksploracji.
Ożywiając pustynię
Z czasem zaczęłam dostrzegać detale, które w pierwszej chwili mi umknęły. Uśpione rośliny, które czekały na coś, co je ożywi. Zbudowane z kamieni i piachu konstrukcje, po których mogłam się wspinać wyżej. Wreszcie też znajome posążki żelków, które czekały na śmiałka z plortami. Zaciekawiło mnie, czy karmiąc je świecącymi kamieniami zyskam dostęp gdzieś dalej. Najpierw jednak zajęłam się dużym galaretkiem, który jakby nigdy nic czekał sobie na pożywienie w małej kapliczce, do której prowadziło kilkadziesiąt pnących się w górę schodków. Przekarmiając go, odkryłam nowy portal łączący pustynię z moim ranczem.
A potem zaczęłam ożywiać pustynię. Wprawiałam w ruch skomplikowany proces, którego pierwszym etapem było uruchomienie fontann z jedyną w swoim rodzaju wodą. Przywracałam w nich bieg cieczy, wkładając plorty w otwory w posągach pobliskich żelków. Ktokolwiek projektował ten system, miał w tym jakiś cel. Sama woda wyglądała zwyczajnie, ale w żadnym razie nie była podobna do tej, którą nosiłam przy sobie, by bronić się przed tarrami. Kiedy nabierałam ją do zbiornika, wyparowywała z niego w mniej niż trzydzieści sekund. Coś tknęło mnie, by popędzić z nią do jednego z czerwonych, ukrytych w zamkniętych pąkach kwiatów.
Kiedy pierwsze krople spadły na złączone płatki, poczułam coś dziwnego. Drobne drgnięcie, maleńki impuls zapoczątkowujący coś wielkiego. Woda obudziła kwiat, który otworzył się w akompaniamencie świetlnej poświaty. Zieleń przykryła spory obszar wokół rośliny, a ze środka wyskoczyło kilkanaście różnych żelków. Radośnie podskakując, zwiastowały nowy początek. Wokół nas wytworzyła się dziwna, mieniąca się tęczowymi barwami kopuła. Nie minęła chwila, a zrozumiałam, że to bariera, która chroni życie przed anomalią nawiedzającą pustynię. Zabezpiecza mały skrawek terenu przed gejzerami lawy i lecącymi z nieba płonącymi skałami.
Uzależniona od życia
Nie musiałam wracać już na ranczo. Mogłam zostać tu i nie martwić się o zdrowie. Euforia, którą poczułam, przywracając skrawek życia na szklanej pustyni, sprawiła, że wyznaczyłam sobie nowy cel. Chciałam doświadczyć tego ponownie. Poczuć ten zastrzyk dopaminy, który uzależniał. Pragnęłam poczuć go kolejny raz. Ten moment, kiedy budzi się życie. Wróciłam na ranczo i błyskawicznie zajęłam się obowiązkami. Nakarmiłam swoją trzęsącą się i podskakującą radośnie trzódkę, uzupełniłam zapasy warzyw i owoców w podajnikach, wyeksportowałam plorty na Ziemię. A potem zebrałam do plecaka te akurat potrzebne mi do umieszczenia w posągach rozstawionych w różnych miejscach szklanej pustyni.
Moja eskapada odmieniła pustynię, która teraz była nią tylko z nazwy. Ciche i opustoszałe do tej pory miejsce wypełniły radosne odgłosy skaczących i konsumujących żelków. Żółć piasków i czerwień skał ustąpiły miejsca zieleni roślinności. I tylko ten ocean piasku, który ciągnął się po horyzont, poniżej skał, po których stąpałam, przypominał mi gdzie jestem. Wokół nigdzie nie dało się dostrzec choćby zarysów planety, na której rozwijałam swoje ranczo. Portal musiał przenieść mnie bardzo daleko.
Wkrótce znalazłam kolejne wiadomości napisane przez Hobsona. Dotarłam do kresu jego wędrówki. Niewielka droga z kamiennych bloków rozgałęziała się w symboliczny sposób, prowadząc do dwóch wrót, które mogłam otwierać i zamykać antycznym mechanizmem. Każdy z nas w swoim życiu staje przed różnymi wyborami. Nierzadko trudnymi i mającymi wyraźne konsekwencje. „Zawsze są dwie drogi”, napisał Hobson.
Najtrudniejsza decyzja
On sam stanął przed wyborem. Przylatując na ranczo na dalekich rubieżach liczył na spokój i kojącą duszę melancholię. Los przygotował mu niespodzianki i gruntownie pokrzyżował plany. Dał pożywkę ciekawości i trafił strzałą amora w serce nieznające pociechy od lat. Hobson dotarł na skraj pustyni, do wrót przygotowanych przez antyczną cywilizację. Nie wiedział, co mogło czekać go dalej. Dokąd zaprowadzi do tajemniczy portal. Podejrzewał, że przestąpi granice czasu i przestrzeni, wyruszy ku nieskończoności śladami nieznanych sobie konstruktorów. Może obcej rasy, która wyprzedzała wszystko co nam znane?
Spakował się. Podjął decyzję. Z czegoś musiał zrezygnować, by móc cieszyć się czymś innym. Podążyłam za nim ku portalowi, pochłaniając kolejne notatki. U stóp niedziałającego obecnie przejścia znalazłam ostatnią z nich. Pożegnanie.
Hobson nie opuścił rancza, by udać się w nieznane. Był tutaj, ale tylko po to, by utwierdzić się w przekonaniu, że podjął właściwą decyzję. Niedługo później wyruszył do ukochanej Thory. Miłość znów udowodniła, że jest najpotężniejszą siłą we wszechświecie.
Dokąd dalej?
Kiedy tego wieczoru odpoczywałam na ranczo, spoglądając na skaczące w zagrodach żelki i drona kursującego z plortami, wspominałam. Zostawiłam za sobą Ziemię i dotychczasowe życie. Zostawiłam Caseya, z którym dzieliłam tyle wspomnień. Nie zerwałam jednak całkowicie kontaktu. Piszemy do siebie wiadomości, odkrywając siebie na nowo, z dystansu, który zapewnia nam inną perspektywę.
Moja podróż trwa i zobaczymy, dokąd mnie zaprowadzi. Na razie muszę zająć się żelkami i uprawami, będąc elementem spajającym ten przedziwny, ale uroczy ekosystem na dalekich rubieżach. Kto wie, co i dla mnie przygotuje w bliskiej lub dalekiej przyszłości los?
KONIEC
—
Slime Rancher to niecodzienne połączenie gry hodowlanej i przygodówki nastawionej na eksplorację, które zabiera graczy w podróż w kosmos. Dziękuję za wspólną przygodę z tytułem stworzonym przez Monomi Park. Była to podróż pełna zaskoczeń, która okazała się dalece wykraczać poza zwykłą zabawę w kosmicznego farmera. W przyszłości na pewno wrócimy na spotkanie z Beatrix LeBeau w drugiej odsłonie Slime Ranchera. Tymczasem zapraszam na inne historie opowiadane w Gralingradzie. Dzięki za uwagę i do przeczytania!
Podoba Ci się moja twórczość i ten blog? Nie przegap innych materiałów z Gralingradu, w których podróżuję przez produkcje stare i nowe. Obserwuj profile bloga na Facebooku, Twitterze, Instagramie i YouTube. Jeśli doceniasz moją twórczość, postaw mi kawę, która pomoże mi w odkrywaniu kosmosu gier! Dzięki z góry!





