Otagowano: Moja kariera FM 2016
Nie pozostawialiśmy najmniejszych wątpliwości kibicom. Paris FC kontynuowało marsz ku glorii, pewnie zmierzając do Ligue 1. Nawet najbardziej zatwardziały w swoich przekonaniach krytyk mojego składu musiał przyznać, że w tym sezonie zasługuje on na awans.
Zawsze ceniłem piłkarzy ambitnych. Takich, którzy na treningach ciężko pracują, a potem na boisku naprawdę starają się zrobić różnicę. Zawodników poważnie myślących o swojej karierze. W Paryżu czułem, że tego charakteru i woli walki moi podopieczni mają momentami aż za dużo.
450 000 euro przychodu z biletów za ćwierćfinał Pucharu Ligi z Dijon rozpalało wyobraźnię księgowej. Oczami wyobraźni już widziała tę gigantyczną sumę, która trafia do klubowej kasy po potyczce w 10. rundzie Pucharu Francji z Olympique Lyon. Z kim?! – krzyknąłem, wypluwając na biurko kawę. Z Lyonem szefie, z Lyonem – odpowiedziała z uśmiechem.
Serce napawało się dumą, gdy widziałem wolę walki swoich podopiecznych na boisku. Długi i obfitujący w niełatwe spotkania sezon dopiero przekroczył półmetek, ale i tak odbijał się już na formie i wytrzymałości poszczególnych graczy. Młode talenty nie najlepiej znosiły regularne występy co trzy dni, a wyjadacze nie dawali rady się regenerować. Mimo to nikt nie narzekał, wszyscy zasuwali.
Miałem ból głowy. Taki z gatunku tych lepszych, które doskwierają trenerom co zamożniejszych i lepiej prowadzonych klubów piłkarskich. Jak pogodzić sytuację, w której mam za wąską kadrę do walki na trzech frontach, ale jednocześnie nie mogę żadnego odpuścić, bo każdy to solidne wpływy do budżetu?
Każda świetna seria musi się kiedyś skończyć. Nasza została przerwana przez nisko notowany Chamois Niortais, który po zwycięstwie 2:1 uciekł ze strefy spadkowej. Dla mnie była to pewna nowość i okazja, by wykazać się w innej sytuacji. Po osiemnastu odprawach pomeczowych, w których tylko chwaliłem podopiecznych, tym razem mogłem ich nieco otrzeźwić paroma gorzkimi komentarzami.
10 października 2017 roku po raz setny od momentu powrotu do zawodu poprowadziłem zespół w meczu o stawkę. Paris FC dokonywało cudów w lidze, więc wszyscy byli przekonani, że i teraz dopisze sobie pewnie trzy punkty. Jak to jednak w przypadku takich jubileuszy bywa, potyczka zakończyła się, niespodziewanie, tylko remisem.
Paris FC było jak wystrzelona z okrętu podwodnego torpeda, która błyskawicznie zmierza do celu. Jak rozpędzony husarz taranujący wrogie oddziały. Jak pędzący po prostej toru w Kuala Lumpur bolid Formuły 1. Ledwie zaczął się wrzesień, a eksperci już zaczynali wyrzucać do kosza swoje przedsezonowe prognozy.
Dobrze wyglądająca kadra, a do tego odpowiednie zaplecze infrastrukturalne i finansowe. W Paris FC znalazłem wszystko co potrzebne, by ruszyć z kopyta na podbój piłkarskiej Europy. Skończyłem z mozolnym rozwijaniem kolejnego klubu krok po kroku. Chciałem doprowadzić do derbów stolicy Francji w Ligue 1 najszybciej jak to tylko możliwe. Rozpoczął się wymarsz Paryżan ku sukcesom.
W trzeciej lidze hiszpańskiej lub podobnych rozgrywkach niskiego szczebla nie trudno tanim kosztem znaleźć wzmocnienia. Dobre znajomości, trenerski nos i lata praktyki pozwalają łowić niedocenione przez innych talenty i za grosze budować dobry zespół. W Ligue 2 jednak taka taktyka nie miała racji bytu.