Zakończenie Final Fantasy 7 Remake – co może nas czekać dalej?

Blog FF VII Remake

To jedna z najmocniej zapadających w pamięci scen z oryginalnego Final Fantasy VII. Po pokonaniu Motorballa, grupa bohaterów staje na krawędzi autostrady, na skraju metropolii Midgar. Za nimi pełne niebezpieczeństw miasto oraz złowroga korporacja Shinra. Przed nimi nieznane. Wymieniają kilka zdań, po czym schodzą po łańcuchu poza zewnętrzny mur okalający sektory. Nagle przed graczem staje cały, przytłaczający swoim ogromem świat.

Ogrywając Final Fantasy VII Remake wyczekiwałem intensywnego finału w budynku korporacji Shinra, a później podobnie nostalgicznego i rozbudzającego wyobraźnię pożegnania miasta. Na zakończenie tej części odświeżonej przygody pragnąłem otrzymać trafiającą w czuły punkt obietnicę czekającej za jakiś czas dalszej części przygody. Autorzy mieli jednak zupełnie inne zamiary i wykorzystali moment opuszczenia Midgaru, by wyrwać się z kajdan ograniczeń narzucanych przez oryginał i otworzyć sobie szeroko wrota swobodnej interpretacji znanych od lat wydarzeń.

Zaskoczony, targanymi sprzecznymi emocjami, równie zniesmaczony, co zaintrygowany, potrzebowałem czasu, by zebrać myśli. Im dłużej jednak analizuję obrany kierunek, tym lepiej widzę szansę na zaskakujący sukces twórców FF VII Remake.

Cloud and Sephirot FF VII Remake

Sephirot w Final Fantasy VII Remake

Nie będę ukrywał, że obecność Sephirota w tak aktywnej roli w finale Remake’u była dla mnie rozczarowaniem. W pierwszej chwili uznałem, że autorzy zbyt łatwo pozbywają się tej karty i serwują pojedynek, na który powinniśmy wyczekiwać i szykować się długimi godzinami. Sephirot wydawał się niepotrzebny i nachalnie wrzucony jako kultowy bohater oryginału, by zaspokoić głód fanów i jakkolwiek wynagrodzić im przyjętą wizję pocięcia jRPG-a z PSX-a na mniejsze kawałki.

Równie negatywnie przyjąłem nowinki wprowadzone do nowej wersji siódemki, z Whispersami strzegącymi przeznaczenia oraz ich ostatecznej formy – Harbringera. Zabawa z alternatywnymi liniami czasu wywołała u mnie więcej niepokoju niż radości, bo nie tego oczekiwałem od remake’u. Miałem powrócić do dobrze znanej historii i ukochanego uniwersum, by poznać je lepiej i dostrzec ograniczone przed laty przez technologię piękno. Tymczasem wszystko wskazuje na pożegnanie ze znaną historią, która doczeka się dalej już tylko coraz większy zmian.

ALE… poświęcając czas na przemyślenia dotyczące finału, zacząłem dostrzegać zmyślną zagrywkę twórców, którzy chcieli zachować kreatywną wolność przy tworzeniu remake’u, a jednocześnie nie ruszać świętości, jaką dla wielu graczy jest Final Fantasy VII. Co moim zdaniem mogą więc wykombinować?

Walka przeciwko samemu sobie

Z czym najczęściej kojarzy się oryginalne Final Fantasy VII? Ze śmiercią Aerith, która niespodziewanie traci życie z ręki Sephirota. Dla przeważającej rzeszy graczy w 1997 roku był to niebagatelny wstrząs, który mocno wrył się w pamięć. W jaki sposób twórcy mogli osiągnąć podobny efekt, skoro cała historia została już napisana?

Sephirot z remake’u mógł poznać swój los i stać się świadomym nieuchronnego przeznaczenia. Dowiedziawszy się o porażce z Cloudem i jego towarzyszami, postanowił wykorzystać nadarzającą się okazję, jaką stanowiło pojawienie się Whispersów. W budynku Shinry wykonał jeszcze jeden test, by potwierdzić ich rolę, gdy przebił ostrzem miecza ciało Barreta. Ujrzawszy go później całego i zdrowego, wiedział już, że ich zadaniem jest zadbanie o właściwy bieg czasu i wydarzeń.

Cloud i jego kompani mogli domyślać się ich roli, ale nie wiedzieli, co czeka ich w przyszłości. Gdy więc Sephirot „zaprosił” ich do innego wymiaru, ruszyli za nim. Tam zostali wplątani w potyczkę z Whisper Harbringerem, zupełnie nie zdając sobie sprawy ze stawki konfrontacji. Stanęli naprzeciw strażnika przeznaczenia, mylnie przypisując mu rolę złego, choć w rzeczywistości starał się ochronić ich los zwycięzców w tej śmiercionośnej batalii o losy całej planety.

Gdy Harbringer zginął, przeznaczenie zostało zmienione. Nurt historii obrał alternatywny tor, w którym w tym momencie nic nie jest wiadome.

FFVII Remake Heroes

Final Fantasy VII Remake jak Avengers

Przed Sephirotem otwiera się nowa szansa na realizację planu. Przegrana nie jest już mu pisana. Może dowolnie zapisać czystą kartę, którą otrzymał. Dostał drugą szansę od swoich przeciwników. I ma tę przewagę nad Cloudem i jego kompanami, że w przeciwieństwie do nich wie, co może wydarzyć się dalej i odpowiednio się na to przygotować.

Co może więc nas czekać w kolejnych odsłonach remake’u? Twórcy zdają sobie sprawę, że śmierć bohatera nadal ma ogromną moc i może wstrząsnąć odbiorcami. Na śmierć Aerith fani są już jednak przygotowani. Autorzy, korzystając więc z wywalczonej sobie kreatywnej wolności (a jednocześnie buforu bezpieczeństwa – nie opowiadają już przecież oryginalnej historii), mogą uderzyć w serca społeczności nie jednym pociskiem, a całą serią.

„Seven seconds till the end”. Co jeśli w ten sposób autorzy zapowiadają tragiczny los wszystkich członków oryginalnej kompanii Clouda, którzy u jego boku stanęli do finałowej potyczki? Oczami wyobraźni widzę scenariusz, w którym twórcy skryptu przebijają dokonania oryginału, zabijając na naszych oczach, na następnych etapach przygody, kolejnych herosów. Tifa. Barret. Red XIII. Cid. Cait Sith. Vincent. Yuffie. Na koniec Cloud, bez wątpienia zniszczony psychicznie utratą tak wielu bliskich osób, staje do ostatecznej konfrontacji z Sephirotem. Jeśli w ogóle.

Może za bardzo puszczam tutaj wodze fantazji i dokonuję gigantycznej nadinterpretacji, ale musicie się zgodzić, że twórcy FF VII Remake nie są ślepi na wydarzenia w świecie popkultury i wiedzą, jaką burzę reakcji wywołały choćby dwie ostatnie części Avengersów. A jeśli chcą pójść tą ścieżką? Pokazać bohaterów pokonanych, przegranych, stojących na krawędzi, którzy orientują się, że jest jeszcze jakaś iskierka nadziei, ale muszą naprawić błąd popełniony w przeszłości? Być może lubujący się w zabawach z liniami czasu Tetsuya Nomura, podąży właśnie tym tropem, a historia w pewnym momencie zatoczy koło, wracając do momentu opuszczania Midgaru, który właśnie przeżyliśmy.

Wymarzony Remake

Wielu z nas, dla których oryginalne Final Fantasy VII to dzieło kultowe, związane z wieloma ciepłymi wspomnieniami, obawia się dalszych losów remake’u. Martwi nas wizja drastycznych zmian wprowadzonych przez twórców, którzy wyraźnie czują się zniewoleni przez ramy oryginału i oczekiwania społeczności. Być może jednak niepotrzebnie podchodzimy do obranej ścieżki ze sceptycyzmem. Gdzieś tam tli się iskierka nadziei, że autorzy nie tylko uporają się z wyzwaniem, ale nawet zaskoczą nas równie mocno, co w 1997 roku. Dajmy im na to szanse.

Opowiadanie Final Fantasy VII Remake —>

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.