GRID Autosport #7: Import and Muscle Open

GRID Autosport blog

W kalendarzu widniał już październik. Mistrzostwa w głównych cyklach wkraczały w decydującą fazę i powoli dobiegały końca. W Europie stajnie szykowały się na pracowitą zimę, która stać będzie pod znakiem godzin spędzanych nad nowymi samochodami i wewnętrznych testów. Wielu kierowców korzystało z okazji, by spróbować czegoś nowego, poćwiczyć w innych warunkach lub zabawić się w nieznanych typach zawodów.

Oferta z USA

– Ależ to był wieczór! Idealne podsumowanie sezonu, racja? – zagaił Jacob.

– Hah, to prawda, chyba wróciłem do hotelu bardziej zmęczony niż po wyścigu – odparł ze śmiechem Brucevsky.

– Ale dzisiaj odpuścimy drugą rundę, haha. Słuchaj, mam taki temat, a w zasadzie propozycję. Coś tam już rozmawiałem z twoim agentem, ale wolę się upewnić. Masz coś nagrane na najbliższe miesiące?

– Nie, na razie nie rozmawiałem o tym z Massimo.

– Świetnie, to by się dobrze składało. W Europie teraz będzie przerwa, ale za oceanem zabawa trwa w najlepsze. Słyszałeś o zawodach Import & Muscle Open?

Import Muscle Open GRID

– Wiem tyle, że coś takiego istnieje – szczerze odpowiedział kierowca.

– No więc są takie zawody, w których startuje również nasz zespół. Całość ma bardziej imprezowy charakter, z dużym naciskiem na zrobienie show i zadowolenie kibiców oraz sponsorów. Część stawki jest tam stała. Ścigają się ulubieńcy publiczności z USA. Ale do nich dopraszane są gwiazdy wyścigowe lub młode talenty z innych typów rywalizacji, by podkręcać trochę zabawę. I chcielibyśmy, żebyś Razora reprezentował ty, nasz wicemistrz Eibach Touring Car League – Jacob, kończąc zdanie, oparł się plecami o biurko i splótł ręce przed sobą. Spojrzał przenikliwie na zawodnika.

– Wow, brzmi to naprawdę dobrze. Zaskoczyłeś mnie! Nie spodziewałem się, że zrobiłem tyle, by już zasłużyć na gościnne występy w charakterze czegoś na wzór wyścigowego celebryty.

– Wiesz, żeby być szczerym, nie jest to coś transmitowanego na cały świat w co sponsorzy pompują setki milionów dolarów. Cała impreza składa się z cyklu trzech zawodów. Są dwie rundy w Stanach i wizyta w Sepang, które zdążyłeś już poznać. Myślę, że skorzystamy na tym wszyscy. Zespół zyska dobrego kierowcę, a ty nie będziesz zimował bez roboty.

– No jasne, podoba się mi taki scenariusz. Pozwól tylko, że uzgodnię temat z Massimo i wrócę do ciebie. Ale wstępnie jestem bardzo na tak.

– Super, to czekam na informację zwrotną.

Witaj, Indianapolis

Rozmowa z Bovo nic nie zmieniła. Agenta ucieszyła propozycje Razera, która potwierdzała, że kariera jego klienta podąża we właściwą stronę.

– Zyskasz na tym, bo poćwiczysz za kierownicą innych maszyn i wypromujesz nazwisko w nowej grupie odbiorców. A może też zwrócisz uwagę mocniejszych teamów – głośno myślał podczas rozmowy telefonicznej Włoch.

Kwestie formalne zostały szybko dogadane i Polak mógł już szykować się do podróży za ocean. Zaczynał na słynnym torze Indianapolis.

Razer Motorsport Import Muscle Open

Ameryka witała żółtodzioba z otwartymi ramionami, pokazując wszystko to, co w kwestii motorsportu ma najlepsze. Słynny tor, w tym przypadku w wariancie północnym, a do tego kultowa bestia do ujarzmienia – chevrolet camaro SS. W padoku panowała zupełnie inna atmosfera niż podczas zawodów Touring Cars Class C. Inżynierowie byli mniej spięci, co chwila dało się słyszeć głośny śmiech. Poszczególne zespoły nie skrywały tak skrupulatnie swoich tajemnic. To była impreza w rytm głośnej muzyki, której celem było usatysfakcjonowanie sponsorów i zabawienie zgromadzonych na trybunach fanów.

Czasówka muscle car

Polski kierowca miał kłopot z uchwyceniem tej swobody. Amerykański luz odbijał się jeszcze od jego wysoko trzymanej gardy, przez co mógł robić wrażenie oziębłego i wywyższającego się. Nie chciał tego, bo wiedział, że w stawce jest wielu dużo bardziej utytułowanych i doświadczonych konkurentów. To samo tak wychodziło.

Pewnym zaskoczeniem była formuła zawodów. Brucevsky tyle słyszał, że Import & Muscle Open jest organizowane z myślą o kibicach, a tymczasem okazywało się, że na Indianapolis czekało ich oglądanie walki na czas. Żadnej tam ostrej rywalizacji koło w koło ryczących bestii.

– Za drogie cacka, by je obijać. Sam rozumiesz, kwestie budżetowe – wątpliwości szybko rozjaśnił jeden z zapytanych mechaników.

Miało to sens. Zawody nie były zbyt prestiżowe, udział z pewnością nie zwracał się teamom z nawiązką. Nikt więc nie zamierzał dokładać z własnej kieszeni tylko po to, by parę tysięcy osób pozachwycało się w takt gniecionej blachy.

Z innej planety

Camaro SS był masywny, ciężki, skłonny do niekontrolowanych poślizgów, jeśli osoba za kółkiem popełni jakiś błąd. Brucevsky na treningu wyczuł, że na torze północnym w Indianapolis jest dość wąsko i będzie potrzebował nieco lepszej zwrotności maszyny. Przejechał kilka kółek i przekazał uwagi mechanikom. Mieli kilka godzin na korekty ustawień.

Camaro Indianapolis

Odczucia okazały się trafne, bo bardziej miękkie zawieszenie pozwoliło czarnozielonemu camaro szybko składać się do mocnego prawego zakrętu zaraz po długiej prostej. Już na samym tym fragmencie zyskiwał sekundę w stosunku do niektórych rywali. Amerykańska duma mogła ucierpieć, bo okazywało się, że na trasie dominują doproszeni goście specjalni z Europy. Brucevsky wykręcał niewyobrażalne czasy przejazdów, a w czubie stawki trzymał się też dobrze znany mu Nathan McKane, który został dokooptowany do zespołu Ravenwest.

Wynik rywalizacji na Indianapolis zaskoczył wszystkich. Nawet szef amerykańskiego oddziału Razera, Anthony, nie krył zdziwienia.

– Słyszałem, że dobrze jeździsz, ale tutaj, chłopaku, pozamiatałeś! – powiedział swoim tubalnym głosem, kiwając z uznaniem głową.

Brucevsky wygrał rywalizację z czasem 1:34:522, pokonując drugiego w stawce Ryana Thompsona Jr. o ponad 3,5 sekundy. – O to chodzi! – napisał w SMS-ie Massimo.

Debiut w drifcie

Dobra i szybka jazda z pewnością wzbudziła szacunek pewnej grupy amerykańskich kibiców. Serca większości można było zdobyć jednak dopiero w drifcie, który był drugą konkurencją Import & Muscle Open. I Polak się tego wyzwania cholernie bał.

Zawsze z dużym szacunkiem podchodził do ludzi, którzy potrafią skomplikowany układ zakrętów przejechać w kontrolowanym poślizgu. Sam próbował tylko dla zabawy, parokrotnie, bez większych sukcesów. Czuł, że może wypaść na torze driftingowym Autosport Raceway niewiele lepiej niż główny bohater Szybcy i wściekli: Tokio Drift niedługo po przyjeździe do Tokio.

Nerwów z pewnością nie uspokoił mu Nathan McKane. Jego przejazd nissanem silvą S15 był zachwycający i został oceniony na 1 589 040 punktów. To był w tamtym momencie najlepszy drift dnia. Brucevsky usiadł w fotelu swojego nissana i głęboko odetchnął. Spojrzał po wnętrzu samochodu, które różniło się od tych znanych mu z ostatnich tygodni. Odpalił silnik, ułożył ręce na kierownicy i lekko musnął pedał gazu. Silnik błyskawicznie wskoczył na wysokie obroty.

– Uważaj! Pamiętaj, że to wóz do driftu! – krzyknął zaskoczony mechanik.

Kierowca nieporadnie wyjechał na tor i niezgrabnie zaczął pokonywać zakręty, szykując się na właściwy przejazd. Dotarł do linii startu i jak tylko ją przekroczył, mocniej docisnął pedał gazu. Stopy jakby samoistnie zmieniły położenie, a ręce zaczęły naturalnie układać się na kierownicy. Czuł się, jakby za moment miał wylecieć w żwir lub skasować pachołki ustawione przy szczytach zakrętów. Nissan jednak jakoś zawsze mieścił się w torze. Wpadł na metę.

Dramat kibiców

– Ale z ciebie żartowniś. Nabrałeś nas, że jesteś jakąś ostatnią łamagą od driftu – inżynier skomentował w słuchawce.

– Jaki wynik?

– Drugie miejsce w klasyfikacji. Wchodzisz do turnieju głównego.

– Wow… – choć nie chciał, wydał z siebie okrzyk zdumienia.

To był dopiero początek niespodzianek ze strony przybysza z Europy. W ćwierćfinale wypadł minimalnie słabiej, ale i tak pokonał Irlandczyka Jamesa Deana. Wszedł do najlepszej czwórki. Uwagę wszystkich zwracali tymczasem inni zawodnicy. Wśród nich Nathan McKane, który w bitwie z Hunterem Green’em rozkręcił się jeszcze bardziej i podkręcił wynik do 1 600 000 punktów.

Ćwierćfinały Drift

Faworyt zawodów na Autosport Raceway był jeden. Motorsport bywa jednak niesprawiedliwy.

– Fuck! I nic z tym nie zrobicie? – McKane podniósł głos, łapiąc się za głowę.

– Padła skrzynia, nie zdążymy z wymianą – odparł szef zespołu mechaników Ravenwesta.

– Fuck! Fuck, fuck, fuck! – chłopak ze złością kopnął w blaszaną szafkę.

Cały padok miał szansę usłyszeć Amerykanina. Nikt nie miał wątpliwości, kto w tamtym momencie najbardziej chciał wygrać w tych zawodach driftingowych.

GRID: Autosport to kolejna odsłona wyścigowego cyklu od ekspertów gatunku ze studia Codemasters. Tytuł jest duchowym spadkobiercą serii TOCA i pozwala wkroczyć w świat motorsportu, by sprawdzić się w szeregu różnych zawodów. Jak wypada gra i na co pozwala w trybie kariery? O tym przeczytasz w fabularyzowanej relacji w Gralingradzie!

Nie chcesz przegapić następnego odcinka? Obserwuj profile bloga na Facebooku, Twitterze, Instagramie i YouTube. Możesz również wspomóc stronę na Patronite, a jeśli przyjemnie czytało Ci się tę karierę – postaw mi kawę, przyda się przed następnymi zawodami. 🙂

<— Pierwsza wizyta na Mont-Tremblanc w GRID: Autosport

GRID Autosport: Brucevsky trafia do Team Kicker —>

<— Zacznij lekturę od pierwszego odcinka opowieści z GRID: Autosport

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.