Anthem #6: Manuskrypt Elizejski
Bastion był krainą równie zagadkową, co niebezpieczną. Przerażał, ale w równym stopniu przyciągał też śmiałków skłonnych do ryzyka i szukających zastrzyku adrenaliny. Przybywali tu ludzie gotowi na wiele, by zaspokoić swoją ciekawość lub potrzebę przeżycia czegoś niezwykłego. Wydawał się wręcz stworzonych dla freelancerów i takich archiwistów jak Matthias.
Zaginiony manuskrypt
Uratowanie badacza z opresji zapoczątkowało relację, która miała przynieść bohaterowi sporo interesujących przeżyć. Niespodziewanie to właśnie on stał się zaufanym sojusznikiem w poszukiwaniach Manuskryptu Elizejskiego. Starożytny tom był uznawany za zaginiony. Za bezpowrotnie utracony skarb, który mógł tak wiele powiedzieć ludzkości o otaczającym świecie i otworzyć przed nią nieznane perspektywy. Matthias pozostawał jednym z niewielu, którzy wierzyli, że jeszcze można go odnaleźć. Jak zdradził pilotowi javelina podczas jednej rozmowy, jego pościg za artefaktem rozpoczął z pozoru niewinny zakład. Wyzwanie, którego postanowił się podjąć, by udowodnić, że nie ma rzeczy niemożliwych dla spragnionych wiedzy i wystarczająco ambitnych.
Nawet tak odważny i gotowy postawić wszystko na szali archiwista był bezradny wobec zagrożeń, które czyhały w Bastionie. Dlatego tak ważnym wsparciem dla niego okazał się w tej sytuacji freelancer. Zaprawiony w boju zabijaka, który mógł wyruszyć w teren i stawić czoła przeciwnościom. Pierwszym punktem było odnalezienie niewidzialnych run. Fragmentów tajemnego pisma dawnych archiwistów, które skrywało ogrom wiedzy i wskazówek. Mobilność pilota okazała się kluczowa, by do nich łatwo dotrzeć. Na poszukiwaniach jednak się nie skończyło. Znów dała o sobie znać agresywna fauna wokół Fortu Tarsis.
Mroźne wilkory, błyskawicznie dopadające do metalowej zbroi w agresywnych atakach i niemniej groźne skorpiony plujące jadem. Szczególnie niebezpieczne dla każdego pilota były te kumulujące w sobie kwas, by w samobójczym ataku dopaść celu i eksplodować. Niejeden javelin mocno w ten sposób ucierpiał. Odkąd bohater napotkał w jednej z jaskiń zniszczony kombinezon bojowy kolosa i ostatnie zapiski jego pilota, zabitego przez zgraję skorpionów, nie zamierzał już nigdy ich lekceważyć.
Skarb i jego strażnik
Runy dawnych naukowców naprowadziły Matthiasa na trop zaginionego artefaktu. Po wielu miesiącach bezowocnych poszukiwań nagle otwierała się szansa na realizację marzenia. Archiwista wyczekiwał na przybycie freelancera, bo wiedział, że tylko z nim będzie w stanie odnaleźć skarb ukryty gdzieś w dziczy. Pierwsze wskazówki sugerowały konieczność namierzenia wysokiej wieży. Freelancer wyraźnie słyszał w słuchawce podekscytowanie naukowca i aż ciężko było mu zakomunikować po dotarciu we wskazane miejsca, że nigdzie w zasięgu wzroku nie ma nic, co przypominałoby choćby minimalnie wieżę.
Matthias nie stracił jednak wiary i od razu zabrał się do ponownej analizy zapisków. Odkrył źródło pomyłki i naprowadził freelancera na inną lokalizację. Wkrótce natrafili na starożytne ruiny. Miejsce do tej pory skutecznie ukryte przez wzrokiem wścibskich. Zakopane pośród skał i bujnej roślinności. Jakby czekające przez wszystkie te lata na kogoś tak uporczywie poszukującego manuskryptu jak Matthias.
Aż trudno było uwierzyć, że zamknięta skrzynia pośrodku jaskini nikogo wcześniej nie zainteresowała. Freelancer nie miał czasu się nad tym zastanawiać, bo archiwista w uchu pospieszał go, by jak najszybciej otworzył wieko. Kiedy tylko wylądował obok artefaktu, z wnętrza skrzyni buchnął ogień, a powietrze napełniło się drżeniem Hymnu. Z płomieni obok wyłonił się Tytan, a jego ciało pulsowało żarem ze szczelin w korpusie. „Kontakt!” – wrzasnął archiwista przez komunikator, choć freelancer nie potrzebował ostrzeżeń. Tytan już walił pięścią w ziemię, a eksplozja ognia rozrzuciła kamienie i pył, rozsyłając po raz pierwszy niszczącą falę po jaskini.
Dla społeczności Bastionu
Osłony w Javelinie spadły o jedną trzecią. Freelancer włączył dopalacze i wspiął się na półkę skalną, ostrzeliwując monstrum z karabinu. Strzały rozbłyskały na rozżarzonym torsie strażnika. Posłał w jego stronę granat i rakietę, które skąpały istotę w ogniu i dymie. To nie był przeciwnik do pokonania czystą siłą. Trzeba było go przechytrzyć.
Pilot musiał pozostawać w ruchu i trzymać się na sporym dystansie, by nie zostać zmiecionym potężnym ciosem, który uszkodziłby jego javelina. Bitwa trwała chwilę. Jaskinią wstrząsały eksplozje. Tytan ryczał i atakował, jakby dając upust skumulowanemu gniewowi. Wobec mobilności przeciwnika niewiele mógł zrobić. W końcu kolejna seria posłana w ciało rozbiła jego strukturę i posłała go w niebyt. Manuskrypt Elizejski był bezpieczny. Oto trafiał właśnie w ręce człowieka, który wiedział, jak się nim zaopiekować i zrobić z niego pożytek. Matthias nie krył wdzięczności i radości. Cieszył się jak dziecko perspektywą długich tygodni spędzonych nad zapiskami pradawnych.
Freelancer czuł, że wspierając archiwistów przyczynia się nie tylko do podnoszenia rangi pilotów, ale też przykłada swoją małą cegiełkę do rozwoju całej społeczności. To w końcu badacze przynoszą odkrycia, dzięki którym mieszkańcy Fortu Tarsis i innych osad mogą czuć się bezpieczniej i żyć wygodniej.
Gwardzistka Brin
Wychodząc z wypełnionego pergaminami i księgami pokoju badacza, przypomniał sobie, że nie tylko on pytał o jego wsparcie. Z usług freelancera chciała także skorzystać gwardzistka Brin. Młoda dowódczyni, która dopiero oswajała się ze stanowiskiem otrzymanym za wykazaną podczas obrony miasta odwagę i roztropność. Nie wyglądała na szczególnie przekonaną do tego pomysłu. Choć próbowała, nie potrafiła za bardzo ukryć, że życie i sytuacja niejako zmusiły ją do tej współpracy. Na domiar złego szybko wydała się, że działa bez zgody swoich przełożonych. Nie przeszkadzało to bohaterowi. Nieklejąca się rozmowa wręcz rozbawiła go i bez cienia zawahania przyjął nowe zlecenie.
Tak zaczęła się kolejna dłuższa współpraca, która pozwoliła mu nie tylko sprawdzić się w boju, ale też poznać ciekawą mieszkankę fortu. Brin co chwila dawała dowód na to, że nie jest zbyt dobra w interakcjach z innymi ludźmi, a i brakuje jej nieco doświadczenia bojowego. Tam, gdzie na przykład Yarrow potrafił zamilknąć, czując skalę wyzwania stojącą przed freelancerem, tam Brin nadawała jak najęta, zdradzając nerwowość lub podekscytowanie.
Gwardzistce nie sposób było odmówić poczucia obowiązku. Zależało jej na bezpieczeństwie mieszkańców i ich dobrostanie. Dlatego tak duży niepokój wywoływały coraz bardziej zuchwałe działania szram, które podchodziły bliżej murów, napadały na archiwistów i okradały transporty. Brin postanowiła przeciwdziałać i wyprzedzająco zbadać temat, nim sytuacja eskaluje i stanie się zbyt poważnym problemem. Przeczucia jej nie zawodziły.
Bitwa w obozie szram
Freelancer natknął się na wspomniane szramy, które próbowały wykorzystać ukradziony badaczom sprzęt, by połączyć go z odnalezionym reliktem. Skutkiem tych „zabaw” było przebudzenie artefaktu, który zaczął produkować hordy agresywnych skorpionów. Czy szramom zależało na uzyskaniu takiego efektu? Pilot javelina nie miał zbyt wiele czasu się nad tym zastanawiać, przeskakując pomiędzy dziesiątkami celów do eliminacji. Co innego Brin, która z bezpiecznej pozycji głośno analizowała problem, nie ułatwiając życia swojemu zleceniobiorcy.
Udana misja przekonała gwardzistkę, że ta współpraca ma sens i warto ją kontynuować. Samemu freelancerowi niespecjalnie ufała, ale nie mogła zaprzeczyć, że potrafił dobrze robić swoją robotę. W kolejnym zleceniu wysłała go w teren, by naprawił serię czujników stanowiących istotne źródło informacji dla strażników fortu. Nieporadność w przekazywaniu informacji i rozmowie bawiła bohatera do momentu, kiedy Brin trochę zbyt późno zdradziła, że ostatni z czujników znajduje się – zupełnie przypadkowo – w obozie szram. Javelin nie został tam powitany z entuzjazmem, więc chcąc niechcąc pilota czekała kolejna trudna batalia z przeważającymi siłami wroga.
Na domiar złego na miejscu okazało się, że szramy znów próbowały połączyć relikt z ukradzionym sprzętem. Tym razem ściągnęły w ten sposób żywiołaki, które atakowały wszystko, co znalazło się w zasięgu ich wzroku. Bohater był jedyną osobą w tamtym miejscu w tamtej chwili, której zależało na uciszeniu artefaktu. Pomimo alertów informujących o niskim poziomie osłon, czując na karku oddech masywnych szram z wielkimi tarczami, robił więc wszystko, by zebrać echa i uspokoić pozostałość po Twórcach. Następnym razem, obiecał sobie, zabierze na taką misję kolosa.
Cenna umiejętność
Jak powiedział, tak zrobił. Tym bardziej, kiedy Brin zakontraktowała go do ochrony archiwistów, którzy zamierzali w bezpiecznych warunkach sprawdzić odebrany szramom relikt połączony z wykradzionym sprzętem badawczym. Kolos okazał się skuteczną ochroną, ale jednego pilot i jego zleceniodawczyni nie przewidzieli. Szramy okazały się nie tak głupie, jak mogłoby się wydawać i zaplanowały dywersję, która na moment odciągnęła utrudniającą im życie przeszkodę. Kolos zrobił porządek z niewielką grupą wrogów i w tym samym momencie otrzymał alarmujące wezwania od archiwistów i samej Brin.
Kiedy doleciał z powrotem na miejsce, by wyeliminować napastników, sytuacja już wymknęła się spod kontroli. Relikt znowu budził się do życia i należało szybko zabrać go z dala od ludzi. Gwardzistka wykazała się cenną przytomnością umysłu i znalazła odpowiednie miejsce na mapie. Freelancer zadbał o resztę. Na koniec misji wiedział już dobrze, dlaczego tak młoda i z pozoru nieporadna osoba piastuje tak istotne stanowisko w hierarchii Fortu Tarsis.
—
Anthem to trzecioosobowa gra akcji i jednocześnie gra-usługa, która powstawała w ogromnych bólach w studiu BioWare. Zapowiadane wyłączenie serwerów na początku 2026 roku zachęciło mnie, by rzucić okiem na projekt nazywany przez wielu „porażką”. Jak się prezentuje z perspektywy osoby, która głównie ogrywa tytuły dla pojedynczego gracza? Co ma do zaoferowania w warstwie gameplayowej i fabularnej? O tym wszystkim opowiem w swoich relacjach z Anthem. Tylko w Gralingradzie!
<— Poprzedni odcinek historii freelancera z gry Anthem






