Moja kariera w FM 2016 #53: Brutalna siła paryżan

Panowie, gramy na remis, murujemy bramkę i niczym Inter przed laty z Barceloną, wywalamy bezradne Porto za burtę – mogłem w taki sposób zmotywować swoich zawodników do ostatniego spotkania fazy grupowej Ligi Mistrzów. Czułem jednak, że to się zwyczajnie nie uda, że prędzej czy później Portugalczycy nam wjadą do bramki, a w nasze szeregi wkradnie się nerwowość i zaraz potem wyłapiemy drugiego gola.

Musiałem więc nieco inaczej ustawić swój zespół. Pewne zwycięstwo w pierwszym starciu obu ekip dodawało mi i moim podopiecznym pewności siebie, ale daleki byłem od przyjmowania awansu za pewnik. Czekał nas trudny wyjazd na Estadio de Dragao, gdzie Porto z reguły gra solidnie. Podstawowym zagrożeniem dla mojej kadry byli szybcy i doskonale wyszkoleni technicznie gracze ofensywni gospodarzy. Potrafili w mgnieniu oka podkręcić tempo i niestandardowym zagraniem zamieszać w ustawieniu, wyprowadzając w pole nawet dobrze zorganizowaną defensywę. Różnie się można przed takim przeciwnikiem bronić. Ja postawiłem na… brutalną siłę. Nie kazałem zawodnikom otwarcie polować na kości i przerywać każdą niebezpiecznie zapowiadającą się akcję faulem. Na treningach od kilku dni ćwiczyliśmy jednak wysoki pressing z twardym odbiorem, próbując zakorzenić piłkarzom w głowach pewne zachowania. Nie było miejsca na sentymenty i pochwałę futbolu – trzeba było wyjść na murawę, gryźć trawę i wygrać.

Szkoleniowiec Porto rozeznał się w sytuacji jeszcze w pierwszej połowie, ale nie bardzo miał co zrobić. Mógł tylko liczyć, że w końcu któryś z moich graczy przesadzi i doprosi się o czerwony kartonik. Nie zanosiło się na to jednak, bo choć wszystkie faule były sprytnie wykalkulowane, to żaden nie nosił znamion złośliwości. Wkrótce gospodarze poddali się atmosferze widowiska, ulegli frustracji i zrobiła się na Estadio de Dragao nieładna kopanina. Idealnie pod mój scenariusz.

Akcji ofensywnych i strzałów było jak na lekarstwo. Utrzymujący się bezbramkowy remis nie mógł nikogo dziwić w tej sytuacji. Na pewno zaskakiwał nieco ekspertów, którzy po ostatnich wyczynach PFC w defensywie spodziewali się tutaj raczej strzelaniny. My jednak nasze prace domowe odrobiliśmy, idealnie przygotowując się na ten sprawdzian. Porto mogło tylko rozpaczliwie walić głową w mur. Dzięki 0:0 awansowaliśmy z drugiego miejsca, zapisując kolejną piękną kartę w historii klubu.

To był zdecydowanie najlepszy moment w dotychczasowej historii PFC. Klub szybko zyskiwał renomę na arenie międzynarodowej, miał silną i perspektywiczną kadrę, a do tego duży spokój finansowy. Trwały już pierwsze prace związane z modernizacją infrastruktury, m.in. ulepszeniem zaplecza treningowego i szkółki dla młodzieży. Wkraczałem w nowy etap swojej pracy zawodowej, w której będę musiał już dużo bardziej się wysilać, by spełniać oczekiwania kibiców i członków zarządu. Do zdominowania choćby krajowych rozgrywek była jeszcze daleka droga, ale przynajmniej poruszaliśmy się po dobrej ścieżce.

Tymczasem w innych grupach Ligi Mistrzów sporo zaskoczeń. W grupie F odpadła Barcelona, która przegrała zmagania z Chelsea i Milanem. W grupie H z kolei poległo napakowane gwiazdami PSG, które nie dało rady Atletico i Szachtarowi.

Sukces w Lidze Mistrzów był o tyle niebezpieczny, że mógł odwrócić uwagę wielu podopiecznych od ligi. W niej byliśmy nadal w pierwszej trójce, ale nie było to pewne trzecie miejsce. Kandydatów do gry w Champions League we Francji nie brakowało. Na spotkanie z zamykającym tabelę Reims zdecydowałem się posłać w bój wielu rezerwowych, po których widziałem spory głód piłki. Liczyłem, że pokażą się i udowodnią, że nie zasługują na bycie tylko zmiennikami. Niestety trochę się przeliczyłem, bo w głupi sposób zremisowaliśmy 3:3, gubiąc cenne dwa oczka. Było jednak kilka jasnych punktów tego widowiska, m.in. świetny występ prawoskrzydłowego Bongonguia, który strzelił dwa gole i przy jednym asystował. Dobrze wiedzieć, że w razie co mogę Hichamowi Khaloui i Gastonowi Camarze dać odpocząć.

Tamta wpadka otrzeźwiła umysły tych, którzy po sukcesach w Europie mogliby zacząć odlatywać. Na Tuluzę wyszedł już dużo silniejszy na papierze skład. Musiałem postawić na doświadczenie, bo 17. ekipa tabeli raczej nie przyjeżdżała do Paryża grać w otwarte karty. Im wystarczał nawet remis, więc skopiowali naszą skuteczną taktykę z rywalizacji z Porto i wciągnęli nas w brutalną kopaninę. Sporo żółtych kartek pokazał sędzia tego wieczora, co na pewno nie ułatwiało mi pracy na kolejne tygodnie. Na szczęście komplet punktów został u nas, wygraliśmy 1:0 po karnym Khaloui.

Jak Paris FC wypadnie w kolejnych meczach i dlaczego będę przeklinać losowanie Pucharu Ligi? O tym już w następnym odcinku mojej kariery w FM16. Podobają Ci się moje materiały? Obserwuj profile Gralingradu na Facebooku/Twitterze/YouTube, by nie przegapić ciekawostek i kolejnych odcinków z Football Managera.

<————– Poprzedni odcinek    Następny odcinek —————->

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.