Pamiętnik Gran Turismo 7 #25: Live service
Gran Turismo 7 nie dała mi do tej pory zbyt wielu powodów, by marudzić na formułę gry-usługi. W końcu i mnie spotkało jednak coś, co pozwoliło poirytować się koniecznością bycia ciągle online. A wszystko to z Circuit de la Sarthe i zmaganiami potężnych maszyn rodem z Le Mans w tle. Zapraszam na kolejny wpis do pamiętnika.
Dzień 154
Zestaw cotygodniowych wyzwań dał mi kolejną okazję, by odwiedzić Yas Marinę. Tym razem w ramach wyścigu samochodów grupy 1. Audi VGT wypadło ostatnio tak dobrze, że dostało szansę wykazać się w gronie potężnych bestii, w tym kultowych klasyków znanych z Le Mans. Układ toru miałem już całkiem dobrze rozpoznany, wiedziałem też, czego spodziewać się po wybranej do zmagań maszynie.
Ta kombinacja była przepisem na sukces, bo wyścig wygrałem gładko, utrzymując solidne tempo i przejeżdżając cały dystans bez pit-stopu. Konkurenci gorzej zarządzali oponami i zużyciem paliwa, otwierając mi potrzebną furtkę do zwycięstwa.
Dzień 155
Postanowiłem iść za ciosem w postępach i odhaczyć bonusowe menu World Touring Car 900. Został mi wyścig na torze Autopolis, który choć wymagający i mający swoje pułapki, leży mi całkiem nieźle. Audi VGT na razie nie zawodziło i wybrałem je również na tę konfrontację z bestiami o PP podchodzącym pod dziewięćset punktów.
Od pierwszych metrów przeszedłem na tryb eko, by przejechać cały dystans wyścigu bez dotankowywania. Zbiornik okazał się wystarczająco pojemny i wskaźniki szybko przyniosły pozytywną informację, że bezołowiowej wystarczy na wyznaczonych przez organizatorów dziesięć kółek. Pozostało mi trzymać solidne tempo i piąć się w górę klasyfikacji, licząc na pit-stopy konkurentów. Na półmetku okazało się, że bez zjazdu się jednak nie obejdzie, bo opony skończą się na ostatnich kilometrach przed metą. Nie wróżyło to dobrze w zestawieniu z wciąż sporą, ponad dwudziestosekundową stratą do lidera.
Mały błąd
Potem nagle zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Prowadzący Jabour zjechał raz, a na następnym kółku znowu odwiedził swoich mechaników, tracąc cenne sekundy. Do reszty stawki też nadrobiłem dystans, bo każdy zmieniał opony i jeszcze tankował, a ja tylko wpadłem po nowe gumy. Ostatnie kółko zacząłem piąty, ale zaraz za plecami czołówki.
Cisnąłem, ile fabryka dała, ale też pilnując się, by nie przestrzelić któregoś ze zdradliwych zakrętów. Gran Turismo 7 potwierdziło, że za błędy trzeba płacić. Trochę za słabe ogólne tempo lub może nawet bardziej ten jeden wyjazd na pobocze na jednym z okrążeń i metę przekroczyłem tylko jako trzeci, z mniej niż sekundą straty do zwycięzcy.
Szkoda, szkoda, szkoda. Na pocieszenie odwiedziłem sprzedawcę legendarnych samochodów, by wydać zebrane pięć milionów kredytów na Lamborghini Miurę. Nie było to moje marzenie, ale zaliczyłem w ten sposób dodatkowe menu poświęcone włoskiej marce i zdobyłem kupon na sześć gwiazdek. Znów wpadło trochę sztabek złota, dzięki którym konto ożywiło 500 000 kredytów. Niby nic, ale zawsze coś.
Dzień 156
Dzień, którego nie było. Najgorsze możliwe doświadczenie z grą dla kogoś, kto cierpi na deficytu czasu na granie. Podjąłem się wyścigu na Circuit de la Sarthe w ramach World Touring Car 900. Audi VGT spisało się na medal. Przejechałem cały dystans bez najmniejszych błędów, perfekcyjnie rozegrałem zawody taktycznie. Pierwsze miejsce na mecie z ponad minutą przewagi nad drugim najszybszym zawodnikiem na torze. Czterysta tysięcy kredytów wpadło na konto. Kolejny punkt w postępach w karierze.
A potem, przy zapisywaniu zdjęcia z wyścigu, nagły błąd. Coś nie tak z komunikacją z serwerem. Czarny ekran z migającym znaczkiem GT7 w rogu. Połączenie z internetem jest. Wszystko powinno działać. Gra nie reaguje. Wyłączam, włączam ponownie. Śladu po moim triumfie nie ma. Trzydzieści siedem minut ścigania na marne. Można znienawidzić live-service’ową formułę.
Dzień 157
Czy Gran Turismo 7 próbuje mi wynagrodzić wyrządzone krzywdy? Tak zaczynam myśleć, kiedy po powtórnym ukończeniu wyścigu na Circuit de la Sarthe zgarnąłem łącznie dwa sześciogwiazdkowe kupony. Jeden za dzienny maraton, drugi za wyzwanie cotygodniowe. Z obu wpadają do garażu nowe samochody, z których cenniejszy i ważniejszy jest Bugatti Chiron. Zaoszczędzone trzy miliony kredytów, bo miałem go kupować w ramach realizacji menu dodatkowego.
Sam wyścig? Podobny do poprzedniej próby. Przez moment bałem się, że będzie działo się dużo więcej, bo na horyzoncie pojawiły się ciemniejsze chmury, ale ostatecznie nigdy nie dotarły na tor. Z dużą przewagą, pewnie wygrałem wyścig i poprawiłem sobie nastrój po poprzedniej „przygodzie”.
Dzień 158
Skupiony na InFamous 2 włączam Gran Turismo 7 okazjonalnie. Łapię się na tym, że wpadłem w sidła zastawione przez Polyphony. Nie robię w gruncie rzeczy większego progresu, ale spędzam z grą kolejne godziny w ramach czasówki sieciowej i wyzwań cotygodniowych. Wszystko po to, by zarobić trochę kredytów potrzebnych na najdroższe fury. Czy ma to sens? Sam się zastanawiam. Założyłem sobie, że przed końcem przygody z GT7 chcę mieć jak najwięcej rzeczy oferowanych przez tytuł sprawdzonych i zaliczonych. Zostało mi więc trochę misji, dwa menu bonusowe i kilkanaście dodatkowych. Do tego też chcę zaliczyć trochę praktyki na torze i oczywiście zamierzam na koniec jeszcze pościgać się po sieci, by zobaczyć, jak wypadam na tle żywych przeciwników.
Na razie przybliżam się do tego małymi kroczkami, by nie powiedzieć, że tempem godnym Mazdy Demio czy innych legendarnie powolnych samochodów znanych fanom serii.
Dzień 159
By zgarnąć kupon na 500 000 w kolejnej serii wyzwań tygodniowych musiałem na koniec jeszcze zająć miejsce na podium w wyścigu World Touring Car 800 na mojej jakże ulubionej Mount Panoramie. Na etapie wyboru samochodu pamięć mnie zawiodła i znowu skusiłem się na żółtego McLarena P1 GTR. Gdzieś w połowie zmagań przypomniałem sobie, dlaczego miałem tego nie robić. Czy to mój styl jazdy, czy złe ustawienia hamowania, ale opony zaczęły zbyt szybko zbliżać się do granicy swojej wytrzymałości, co z kolei zmusiło mnie do nieco ostrożniejszej jazdy, by jednak uniknąć zjazdu do pitstopu.
Efekt raczej łatwy do przewidzenia. Po dwudziestominutowej rywalizacji wpadłem na metę jako siódmy. Ani nie zrealizowałem celu minimum, ani tym bardziej ambitnego planu wygrania, który oznaczałby kolejny mały krok ku stu procentom wygranych wyścigów w Gran Turismo 7.
To nie film
Od razu podjąłem drugą próbę za kółkiem Mercedesa-AMG, który może na papierze wydaje się słabszy, ale tempem wcale nie odstaje, a przy tym łagodniej obchodzi się z gumami. Solidne tempo, dużo lepsze niż w przypadku brytyjskiego modelu, pozwoliło mi całkiem sprawnie wbić się do ścisłej czołówki. Rozpoczynając ostatnie kółko na Mount Panoramie, miałem siedem sekund straty do prowadzącego Serrano, ale za to o wiele lepsze czasy poszczególnych sektorów.
Zanosiło się na piękny, hollywoodzki scenariusz ze zwycięstwem na ostatnich zakrętach, ale że to kariera w Gran Turismo 7, a nie blockbuster z kina, to po dziesięciu kółkach dojechałem na metę drugi ze stratą nieco ponad sekundy. Kupon zdobyłem, ale na tor w World Touring Car 800 będę musiał jeszcze wrócić.
Dzień 160
Polyphony wymyśliło sobie, że w czasówce sieciowej da udostępniony w nowej aktualizacji samochód, wyścigowego Hyudaia Elantrę N. Żeby było zabawniej, rzuci go na Nurburgring Nordschleife. Wizja przejechania całego toru bez najmniejszego błędu, jakiejkolwiek wizyty na trawie czy obcierki o bandę, lekko mnie przerażała. Z drugiej strony kusiło sprawdzić, czy dotarcie na metę ze stratą około czterdziestu sekund od najlepszego wyniku, bo tyle wystarczy na brąz, może być aż tak trudne.
Ruszyłem na kultowy niemiecki obiekt, jadąc ostrożnie, zachowawczo, z często wciskanym hamulcem. Oczy co chwila spoglądały na mapkę w prawym dolnym rogu, by nie dać się zaskoczyć żadnemu zakrętowi. Nadzieje, że łatwo złapię się w limicie prysnęły na długiej prostej do mety. Już wtedy czas wyglądał słabo. Okazało się, że dotarłem na metę o 26 sekund wolniej niż powinienem, by zgarnąć 250 000 kredytów.
Walka o tempo na Nurburgringu
Poszedłem za ciosem. Duch jednego z lepszych kierowców przede mną, duch mojego słabego kółka za mną, a ja z ambitnym planem, że to nie może się skończyć tylko „zmarnowaniem” kolejnego czasu na granie. Satysfakcja z uzyskania wyniku mnie nie przekonywała. Jadąc bardziej agresywnie, zacząłem budować przewagę. Po dwie-trzy sekundy na każdym sektorze. Musiało zebrać się ich 25, żeby to się udało. Na ostatniej prostej było dokładnie tyle. Jechałem, jak sądziłem nieźle, a mimo to balansowałem na granicy powodzenia misji.
Wpadłem na metę z przewagą nad moim własnym duchem wynoszącą 26 sekund z groszami. Na sześć dni przed końcem wyzwania jestem na styku, bo mam sekundę i trochę zapasu. To może się nie udać, choć trzymam kciuki, żeby nikt już nie podkręcił tempa na Nurburgringu. Więcej z siebie na tym etapie growego życia nie wycisnę.
—
Gran Turismo 7 to kolejna odsłona jednej z najsłynniejszych gier wyścigowych, które kiedykolwiek ukazały się na konsolach i komputerach. Wydawana ekskluzywnie na PlayStation pozwala na długie tygodnie zatopić się w kolekcjonowaniu setek samochodów oraz na wyścigach po prawdziwych i fikcyjnych torach w różnych rejonach świata. Do tego uniwersum wracam po wielu latach przerwy, ale z bagażem ciepłych wspomnień zebranych w odsłonach z numerkami 1, 2 i 4. Jakie wrażenia wzbudzi we mnie GT7? O tym przeczytasz w kolejnych odcinkach pamiętnika – tylko w Gralingradzie!
Nie przegap innych materiałów z Gralingradu, w których podróżuję przez produkcje stare i nowe. Obserwuj profile bloga na Facebooku, X-ie, Instagramie i YouTube. Możesz również wspomóc stronę na Patronite, a jeśli doceniasz moje starania w takiej formie gier relacjonowania – postaw mi kawę, która pozwoli na kilka wyścigów więcej podczas wieczornej partyjki! Dziękuję z góry!




