Freedom Wars #10: Prorocza wizja
Tocząca się wojna o zasoby nie mogła trwać w nieskończoność. Władze Panopticonów wiedziały to dobrze i próbowały zagwarantować sobie miejsce wśród zwycięzców lub może bardziej trafnie będzie napisać – ocalałych. Stojący na czele Rzymu z pewnością też mieli taki cel. Warunkiem jego osiągnięcia było znalezienie sposobu na Abela i powiązany z nim Czerwony Gniew.
Cel: Abel
Teraz ta potrzeba była nam bliższa niż kiedykolwiek wcześniej. Niepokonany duet, który już wcześniej udowodnił, że dzieli nas różnica klas, zjawił się u naszych bram i bez trudu wszedł do środka. Gene zdołał przekazać Abelowi informacje o Beatrice. Wiedział więc, że to jej potrzebuje. Nie musiał szukać. Musiał ją tylko pojmać. Nim zdążyliśmy zareagować, było już za późno. Obecni na miejscu grzesznicy byli bardziej przerażeni niż gotowi do walki, więc dziewczyna z łatwością wpadła w jego ręce.
Mogliśmy mieć różne cele w życiu, ale w tamtym momencie wszystkich nas łączył wspólny cel. Władze i Natalia rozumiały powagę sytuacji. Będąc w posiadaniu Szkatuły i klucza do niej, Abel mógł zrobić wszystko, co zapragnie. Dla mnie osobiście ważniejszy był los Beatrice, którą chciałem jak najszybciej odbić z rąk oprawcy. Jak jednak powstrzymać destrukcyjną siłę, która w przeszłości w pojedynkę, rzekomo, zniszczyła już inne miasto?
Julien wyjaśnił nam, że Czerwony Gniew jest niezniszczalny, bo chroni go specjalna bariera, która absorbuje wszelkie obrażenia. Niczym czarna dziura, pochłania pociski i uderzenia, posyłając je w nicość. Przerażająca moc, która jednoznacznie wskazywała zwycięzcę każdej potencjalnej konfrontacji. Ale inżynier miał dla nas coś na pocieszenie. Fascynacja Porywaczami, którą wykazywała Beatrice, nie kończyła się tylko na pustych zachwytach. Od dawna już zagłębiała stojącą za nimi technologię, która żywo ją interesowała. Łącząc siły z Julienem, zdołali opracować moduł potrafiący obejść mechanizmy obronne Czerwonego Gniewu. To, czego właśnie potrzebowaliśmy.
Gotowi na Gniew
Musieliśmy jak najszybciej zdobyć potrzebne zasoby. Wykorzystując czas dany nam na ich skompletowanie, zająłem się też usprawnieniem swojego ekwipunku. Chciałem być gotowy na nadchodzące bitwy. Mój karabin Pulsar 1000 miał jeszcze niedostatki mocy, które mogłem obejść, dzięki odpowiedniej modyfikacji. Ta wymagała jednak Will’O Engine używanego w All-Purpose Abductorach. Zasobu rzadkiego, trudnego do zdobycia i tym cenniejszego. Choć czas naglił, zgłaszałem się do kolejnych operacji, licząc, że w końcu któraś z pokonanych machin zostawi mi cenny przedmiot.
Jednocześnie zlecałem kolejne prace w fabrykach amunicji i medykamentów. Nie tyle, by mieć potrzebne przedmioty do walki, co by przekazywać je Panopticonowi i zdobyć punkty potrzebne do wykupienia nowych praw. Chciałem dostać pozwolenia dla moich zaufanych towarzyszy broni, Sergio, Niny i Mattiasa, na wykorzystywanie ekwipunku wyższych poziomów. A to kosztowało niemało.
Kiedy Julien dostał w swoje ręce potrzebne surowce, zajęło mu dosłownie moment, by obwieścić sukces i zakończyć prace nad potrzebnymi modułami. Małe urządzenia wyglądały niepozornie, ale skrywały niewyobrażalną moc. Były w stanie przeciwstawić się prawom fizyki i sprawić, że nasze pociski będą w stanie przedrzeć się przez wymykającą się logice barierę Czerwonego Gniewu. Wszyscy byliśmy pod wrażeniem wiedzy i umiejętności naszego inżyniera. Nawet zazwyczaj skąpa w pochwałach Natalia musiała przyznać, że nie zna wielu specjalistów zdolnych do takich rzeczy.
Rajd przez Ogrody
Wizja anihilacji Rzymu z rąk Abela oznaczała, że nasza operacja miała najwyższy priorytet. Atak na Hourai mógł zacząć się w każdej chwili. Wystarczyło, że zadeklarujemy gotowość. Mogłem spodziewać się, że będzie to najtrudniejsza operacja, jaką przyszło mi wykonywać w roli grzesznika. Nawet ta świadomość nijak nie przygotowała mnie na to, co rzeczywiście nadeszło.
Dotarliśmy do sekcji Ogrodów będącej, jak zrozumiałem, łącznikiem pomiędzy naszymi Panopticonami. Wraz z Niną, Sergio i Mattiasem musieliśmy przedrzeć się przez labirynt korytarzy i większych pomieszczeń. Wszystkie były pilnie strzeżone przez grzeszników Hourai. Żołnierzy dobrze wyposażonych i gotowych do walki na śmierć i życie. Trzymałem Pulsara 1000 opartego o ramię i nie odkładałem go choćby na sekundę, przesuwając się do przodu. Tylko w ten sposób czułem się przygotowany na komitet powitalny. Gotowi zatrzymać nacierających niczym kamikaze wojowników z mieczami i włóczniami, jak również ostrzeliwujących z dystansu strzelców. Szybkostrzelny karabin pozwalał mi sprawnie się z nimi uporać, a nawet wtedy, kiedy celów było za wiele, z pomocą przychodzili Mattias i Nina, którzy trzymali się blisko z wyciągniętą bronią białą.
Dotarliśmy do wskazanego przez lokalizator punktu, gdzie miała znajdować się Szkatuła. Wpadliśmy do przestronnego pomieszczenia, półkolistej kopuły w chwili, kiedy Abel akurat wycinał w pień ostatnich grzeszników Hourai. Nasi wrogowie naiwnie wierzyli, że mają po swojej stronie potężnego sojusznika. Tymczasem w rzeczywistości byli tylko jego narzędziem, którego używał do realizacji własnych celów.
Duet na deskach
Abel chciał zjednoczyć całą ludzkość pod jedną banderą. Z pozoru szczytny zamiar, ale zamierzał to osiągnąć pokrętną, krwawą i mogącą przynieść naszej cywilizacji zniszczenie ścieżką. Liczył się z tym, ale jak nam wyjaśnił, ludzie okazują prawdziwą odwagę, przyjaźń i miłość dopiero w obliczu konfliktu. Wspólnego wroga, wielkiej przeciwności. Dokładnie to czekało po drugiej strony wrót. Tym była Szkatuła. Tajemniczym przejściem do innego wymiaru, gdzie czaiły się pradawne, niezwykle potężne istoty. Perfekcyjny przeciwnik, zdaniem Abela, dla świata, który potrzebował nowego impulsu.
Nie mogliśmy do tego dopuścić. Bitwa z Abelem i Czerwonym Gniewem była nieunikniona. Przygotowywaliśmy się na nią, więc bez strachu stanęli do walki. Mieliśmy przewagę liczebną. Była nas ósemka, a ich zaledwie dwóch. Mimo to zostaliśmy zepchnięci do defensywy. Abel był mistrzem miecza, a jego ostrze zadawało ogromne obrażenia. Na szczęście dla nas był jednocześnie dość nonszalancki i arogancki, więc łatwo dało się go odciągnąć od Porywacza, który sam miał potężny arsenał narzędzi mordu.
Skupiłem się na maszynie, widząc, że moi kompani skutecznie odwracają uwagę Abela. Zajęty próbami odcięcia mu rakietnic na ramionach i karabinów przytwierdzonych do przedramion, nie zauważyłem nawet, kiedy zdołali odnieść sukces. Wielki wojownik nadal był tylko człowiekiem. Krwawił i odczuwał ból tak samo jak my wszyscy, więc po kolejnych ciosach w końcu opuściły go siły. To pozwoliło nam skupić się na Czerwonym Gniewie. Może był potężniejszy od innych napotykanych przez nas Porywaczy, ale zdobyte doświadczenie bojowe wystarczyło, żeby opracować na niego skuteczną taktykę i wdrożyć ją z powodzeniem w życie.
Potwór z mroku
Abel wsparł się na swoim wielkim mieczu. Za nim płonął wrak Czerwonego Gniewu. Przegrał bitwę, ale wygrał wojnę. Powstrzymał nas wystarczająco długo. Ciemność, którą widział wraz z opuszczającymi go siłami, rzeczywiście nadchodziła. Zakwitły pąki niebieskich róż, które otaczały wrota Szkatuły. Portal otwierał się z łoskotem, ku radości naszego adwersarza, który żałował tylko, że nie zobaczy wyśnionego piekła na ziemi.
Parę chwil później potężna eksplozja wstrząsnęła obiektem, a po niej przyszedł skowyt dotkliwszy niż te Porywaczy. Naprzeciw nas pojawiła się maszyna rodem z koszmarów. Spoglądał na nas wielki oczodół, za którym kryły się nienaturalnie poruszające się, żyjące łańcuchy oraz wielkie kontenery dające im energię. Bestia z innego wymiaru przychodziła po swoje pierwsze ofiary.
Przeraża nas to, co nieznane. Nie wiedzieliśmy, z czym się mierzymy i czego możemy się spodziewać. Robiliśmy więc swoje. To, co umieliśmy i w czym byliśmy dobrzy. Ostrzeliwaliśmy metalowego potwora, unikaliśmy jego ataków. Uważaliśmy, by nie zgniótł nas, kiedy z impetem lądował na posadzce. Zważaliśmy, by nie dać się porazić wyładowaniom mocy, kiedy kumulował energię w wewnętrznych akumulatorach. Zdawało się, że będziemy w stanie stawić mu czoła. A potem nagle łańcuchy zerwały się i zaczęły krążyć wokół nas, jak polujące rekiny. Zwrotne, szybkie, silne. Trudne do trafienia.
Wymordowani przez łańcuchy
Sygnały pomocy przytłoczyły mnie. Padł Mattias. Padła Nina. Pod gradem ataków uległ Sergio. Nasze androidy leżały w różnych częściach areny, informując bez większych emocji o wyłączeniu systemów i prośbie restartu. Próbowałem ich leczyć. Oni też parę razy podźwignęli mnie z kolan, ale byliśmy jak porcelanowe filiżanki porwane przez tornado. Zdani na łaskę łańcuchów, które nie zamierzały jej w żadnym stopniu okazać. Operacja została przerwana, kiedy skończyły się zapasy awaryjnych teleportacji.
Obudziłem się w celi. Cała misja była dopiero przede mną. Czy to był tylko sen? A może prorocza wizja, ostrzegająca przed marnym końcem, jeśli rzucę się w tym stanie do walki o przyszłość Rzymu i świata? Nie analizowałem przyczyn tamtej klęski. Nie odtwarzałem w głowie przegranej konfrontacji, szukając miejsc do poprawy. Skupiłem się na tym, by wzmocnić swój ekwipunek i zadbać o najwyższe możliwe pozwolenia na ekwipunek dla towarzyszy broni. Uwierzyłem, że w tym właśnie kryje się sekret do wyczekiwanego zwycięstwa…
—
Freedom Wars to wydany oryginalnie na PS Vita RPG akcji opracowany przez studio Dimps. Tytuł wyróżnia się przytłaczającą, dystopijną atmosferą oraz ciekawym połączeniem mechanik walki wręcz i strzelania. Jak wypada w praktyce i co ma do zaoferowania w warstwie fabularnej oraz samym gameplayu? O tym wszystkim opowiem w ramach relacji w unikalnej formie opowiadania. Tylko w Gralingradzie!
Podoba Ci się moja twórczość i ten blog? Nie przegap innych materiałów z Gralingradu, w których podróżuję przez produkcje stare i nowe. Obserwuj profile bloga na Facebooku, Twitterze, Instagramie i YouTube. Jeśli doceniasz moją twórczość, postaw mi kawę, która pomoże mi ustać na nogach na ringu podczas kolejnych wrestlingowych batalii! Dzięki z góry!
<— Poprzedni odcinek relacji z gry Freedom Wars






