Slime Rancher #3: Sekrety innego świata
Minął miesiąc, odkąd wylądowałam setki lat świetlnych od dawnego domu. Jestem ranczerką w pełnym tego słowa znaczeniu, a wygląd mojej farmy nie pozostawia złudzeń, że znam się na swojej robocie.
Minął miesiąc, odkąd wylądowałam setki lat świetlnych od dawnego domu. Jestem ranczerką w pełnym tego słowa znaczeniu, a wygląd mojej farmy nie pozostawia złudzeń, że znam się na swojej robocie.
Praca ranczerki na dalekich rubieżach potrafi pochłonąć bez reszty. Odkąd przyleciałam na ten skrawek skały, spałam może kilkanaście godzin, a minęło już dobre dwadzieścia dni. Organizm funkcjonuje tu zupełnie inaczej, a liczba obowiązków sprawia, że choć ciało ciągle pracuje, to dusza i umysł bardzo odpoczywają.
Królowa Kharma była coraz bardziej zdesperowana. Na nic zdawały się jej knowania. Klęski demonicznych wojowników zasiały ziarno niepewności, czy pakt zawarty z Gorlem był wart tych wszystkich poświęceń. Ukryła się w czeluściach swojej twierdzy, do której dostępu kryły dwie przedziwne bestie. Pupilki królowej zwane Shookle i Shooshookle. Mięsożerne rośliny wykorzystujące swoje długie i giętkie pędy jak ostrza mieczy.
I oto jestem na skraju świata, gdzie próżno szukać innego człowieka. Otoczona przez pustkę. Wokół mnie skały, rośliny i dziesiątki żelkowatych istot wytwarzających w naturalny sposób cenne surowce potrzebne na Ziemi. Ja, Beatrix LeBeau, zaczynam właśnie karierę ranczerki, próbując stworzyć miejsce godne mojego poprzednika, Hobsona Twillgersa.
To musiało być przerażające. Jeszcze kilkanaście dni temu królowa Zigotonów ze znudzeniem odbierała raporty o spokoju na granicy i nieuniknionym końcu Pataponów. Teraz wymieniani w depeszach wrogowie niemal pukali do jej bram, a ona desperacko szukała sposobu, by zapobiec nadchodzącej klęsce.
Zsiadając z zoomera na końcu ciemnego tunelu, sądziłem, że za moment serce wyskoczy mi z klatki piersiowej. Przejazd po wąskich rurach, w ciemnych tunelach i nad rwącymi rzekami lawy stanowił ukoronowanie wszystkich naszych dotychczasowych przepraw na antygrawitacyjnym jeździku. Na szczęście to już koniec i więcej nie będę musiał nim podróżować. Chciałem w to wierzyć.
Nie mam nic przeciwko kultowi jednostki. Byłbym hipokrytą, jeślibym miał, wszak jestem stwórcą tego świata i jedynym bóstwem, które powinny czcić zamieszkujące go istoty. Zdaję sobie też sprawę, że natura nie lubi pustki i mieszkańcy tej planety czasami muszą sobie wybrać też jednostkę bliższą i bardziej namacalną, by móc się nią zachwycać. Małego herosa lub obrońcę, któremu mogą przypisać kilka pozytywnych cech.
Wspominam z rozrzewnieniem tamten sielski klimat. Tę przyjemną bryzę i idealne ciepło. Teraz gotuję się, stojąc, bo jesteśmy w chacie czerwonego mędrca, który postanowił zamieszkać w sercu wulkanu. Otacza nas lawa, rozgrzane skały i dźwięk skrzypiących kółek małych wagoników. Samos i jego córka są przerażeni zastanym widokiem, kiedy otwieramy dla nich portal. Trudno się dziwić. Wszędzie wokół walają się książki, zwoje i inne prywatne...
Było w tym coś deprymującego. Na drodze moich małych wyznawców stanęła struktura z kamieni i metalu, którą w przypływie lekkomyślności mógłbym zgruzować zaledwie do fundamentów jednym atakiem. Wracając jednak, obiecałem sobie, że nie będę tak bezpośrednio ingerował w losy żadnej cywilizacji. Patapony musiały poradzić sobie same, wsłuchując się w wybijany im przeze mnie rytm bębnów.
Nie cieszę się zbyt długo z opuszczenia zoomera i wkurzającej niecki nieopodal wioski Rock. Wszystko przez to, że wraz z Jakiem i Daxterem lądujemy w „Zaginionym mieście prekursorów”, które jest podwodną konstrukcją wypełnioną lurkerami. Ich obecność to pikuś przy największym problemie tego miejsca. Wypełnione wodą baseny co i rusz przenoszą ładunki elektryczne, które wywoływane są albo przez niesprawne instalacje, albo system mający zabezpieczać to...