WWE 2K Battlegrounds #2: Wymęczony widz
Zafascynowany zapasami kurier nie był kimś, z kim wiązałbym szczególne nadzieje na ożywienie zmagań na galach WWE. Jeśli projekt Battlegrounds Heymana i Austina ma przynieść federacji tego rodzaju narybek, to nie wróżę mu sukcesu i przewiduję raczej szybką śmierć z ręki bezlitosnego Vince’a McMahona. No chyba, że to tylko początek, a kolejne talenty będą już innego kalibru.
Wrestler z Everglades
W Nowym Jorku rozczarowałem się Battlegroundsami, ale informacja o kolejnym przystanku Stone Colda nieco rozbudziła moje zainteresowanie. Everglades nie kojarzyło się z zapasami i zastanawiałem się, czego w lokalnym bagienku zamierza szukać legenda WWE. Informatorzy szybko podrzucili smaczne kąski o wrestlerze mocującym się z krokodylami. To mógł być rodzaj szaleńca, którego federacja bardzo potrzebuje, by dodać kolorytu skostniałej stawce i popadającej w schematy rywalizacji.
Austin najwyraźniej wychodził z podobnego założenia. Jeśli nawet początkowo podchodził do pomysłu sceptycznie, to szybko zmienił zdanie. Kiedy dotarłem na Florydę, Battlegrounds funkcjonowało tam już w najlepsze. Pierwsza gala miała odbyć się lada moment. Gwiazdą wieczoru miał być miejscowy bohater, który od miesięcy bawi tłumy, dając wycisk krokodylom – potężny jak szafa i przypominający skrzyżowanie Szkota z Tarzanem Billy Huggins.
W Nowym Jorku Bolo był dość spokojnie i metodycznie zaznajamiany ze światkiem WWE. Billy wskakiwał od razu na głęboką wodę, bo tylko tak można opisać debiutancką walkę w formule Fatal 4-Way z udziałem otrzaskanych na ringach zawodników – Akiry Tazawy, Bobby’ego Roode’a i Eliasa.
Fatal 4-Way z krokodylem
Fanów czekała solidna porcja wrestlingu podkręcona dodatkowo specyfiką ringu, wokół którego kręciły się wielkie krokodyle. Bestie wyczekiwały na nieuważnych zapaśników, ale nie wierzyłem, że mogą stać się częścią starcia. To byłoby w stylu dawno zapomnianych gal, który wywołują tak wielkie niedowierzanie wśród młodych fanów zapasów. Nagle jednak wielki gad pochwycił jednego z wrestlerów i wytarmosił go, wypluwając z impetem na podłogę. To musiało zaboleć, ale jakże barwnie wpisywało się w Evergladesową scenerię Battlegroundsów!
Poza tym Fatal 4-Way obył się bez fajerwerków. Billy poradził sobie z presją i zaprezentował solidne umiejętności, choć o jego zwycięstwie przesądziła w głównej mierze nonszalancja oponentów. Tak doświadczeni zawodnicy pozwolili mu gładko policzyć jednego z nich, zamiast zainterweniować o czasie i ukrócić w ogóle jego starania?
Huggins zrobił swoje i zdał pierwszy test. Był interesującą kandydaturą. Kimś, do kogo Vince McMahon nie powinien mieć większych zastrzeżeń. Jego profil wydawał się tym ciekawszy, że miał wiele interesujących aspektów pobocznych, jak chociażby znajomość Jake’a „Węża” Robertsa. To właśnie on szkolił Billy’ego, zresztą zaraz obok swoich oślizgłych pomocników bez nóg. Podopieczny musiał i jego pokonać w swojej drodze po bilet na wrestlemanię.
Popis z Lesnarem
Wyrównany pojedynek zakończył się zwycięstwem młodości. Energiczność przeważyła szalę. Zapasów energii Huggins potrzebował wiele i dobrze, że wcześniej w walkach w mokradłach z krokodylami wystarczająco dobrze zadbał o swoją wytrzymałość. Przydała mu się ona również w walce w formule „Gauntlet”, w której musiał pokonać czterech kolejnych przeciwników. Starzy znajomi wrócili po rewanż. Akira Tazawa, Elias, Erick Rowan i Jake Roberts połączyli siły i nie wierzyłem, by mogli teraz nie podołać wyzwaniu. A jednak, ku mojemu zdziwieniu, odpadli jeden po drugim. Trudno było uwierzyć, że walczyli na poważnie.
Widząc kolejne zwycięstwa Billy’ego Hugginsa w Everglades i mając w pamięci nowojorski debiut Bolo Reynoldsa, zacząłem zastanawiać się, na ile spotkania Stone Colda z nowymi talentami są przypadkowe. Coraz bardziej pachniało mi to realizowanym rozważnie medialnym scenariuszem. Kolejnym pomysłem McMahona i całego bastionu scenarzystów. Czy Heyman i Austin byli tylko aktorami w serwowanym nam spektaklu?
W decydującej walce o bilet na wrestlemanię Billy zmierzył się z ringową bestią. Kimś, kto mógłby nawet aligatora śmiertelnie wystraszyć. Samym Brockiem Lesnarem. Człowiekiem, który przed laty też z impetem wkroczył w świat WWE. Solidnie zbudowany Huggins wyglądał przy gigancie niepozornie, a jego ciosy zdawały się nie robić na rywalu najmniejszego wrażenia. Nieustępliwość zrobiła jednak swoje i po dziesiątkach przyjętych razów, pewny siebie Brock po prostu za którymś razem nie zdążył poruszyć się podczas liczenia.
The Cure z Meksyku
W euforii zwycięstwa Huggins rzucił się do Stone Colda, by potężnie go wyściskać. Mógłbym przysiąc, że usłyszałem chrupnięcie. Steve pobladł, ale zachował twarz i powoli oddalił się do szatni. Czekałem na sygnał od informatorów, gdzie zatrzyma się na kolejny przystanek, ale legendarny wrestler wrócił do domu. Battlegrounds nagle się wyciszyło.
Zastanawiałem się, co to może oznaczać. Snułem różne teorie pomiędzy kolejnymi pisanymi artykułami na inne tematy. Wtedy sprawa wyjaśniła się sama. Austin wypadł z gry, bo plecy odmówiły mu posłuszeństwa. Lata upadków i dźwignięć zrobiły swoje, choć bez dwóch zdań trzy grosze w tej materii dorzucił też zbyt wylewny w uczuciach Huggins. Heyman odwiedził kumpla i przyszedł mu z pomocą, podrzucając kontakt do cudotwórcy z Meksyku, który potrafił zaradzić w takich sytuacjach.
T.J. Salazar zwany jako „The Cure”. Czemu w ogóle o nim wspominam? Bo okazał się nie tylko specem od naprawiania bolących pleców, ale też kolejnym talentem wyłowionym w ramach projektu Battlegrounds. W porównaniu do dwóch poprzednich, zapaśnikiem kładącym nacisk przede wszystkim na szybkość i zręczność. Nie byłem zdziwiony. Ot kolejny przedstawiciel meksykańskiej szkoły zapasów, słynącej z efektowności.
Wymęczony widz
Poleciałem na południe, by zobaczyć go w akcji. O ile wcześniej towarzyszyła mi pewna ciekawość, tak teraz bardziej było to poczucie obowiązku. Skoro temat Battlegrounds zacząłem, to chciałem kontynuować i zobaczyć, dokąd zaprowadzi młodych sportowców.
Ale batalie w Meksyku mnie wymęczyły. Salazarowi trudno było odmówić umiejętności, ale przypominało to parodię wrestlingu, kiedy długimi minutami okładał takiego Big Showa bez specjalnej reakcji. Skakał, kopał, próbował rzucać. Naprawdę się starał, ale z perspektywy widza szybko wkradała się w to nuda i monotonia. Nowinką i chwilową radością była bojowo nastawiona koza koło ringu, którą w jakiś sposób lokalni wynalazcy zaprogramowali. Każdy walczący mógł na chwilę przejąć nad nią kontrolę, by za jej pomocą trochę pokiereszować konkurenta. Zabawnie było popatrzeć, jak wrestlerzy próbują umykać przed jej gniewem.
Dotrwałem do Royal Rumble w wersji mini. Dziewięciu śmiałków miało zmierzyć się na ringu, ale z jakiegoś względu Stone Cold i twórcy Battlegrounds uznali, że T.J. Salazar musi koniecznie to wygrać. Tylko wtedy zachowa swoje szanse na Wrestlemanię. Poczułem się zmęczony. Upał dawał się we znaki i w pewnym momencie odniosłem nawet wrażenie, że Salazar wypada poza matę, przelatując przez liny i narożnik, jakby na moment się zdematerializował.
Przegrał walkę, a organizatorzy niedługo później ogłosili, że Meksyk może świętować, bo The Cure dostanie kolejną szansę. Ringowa rozwałka, na tych samych zasadach, miała trwać. Nie czułem potrzeby, by się delektować tak odgrzanym kotletem. Spakowałem torbę, kupiłem bilet na samolot i wróciłem do redakcji, zostawiając projekt Battlegrounds za sobą. Musicie się bardziej postarać, panowie McMahon i Hayman.
—
WWE Battlegrounds to arcade’owa, kreskówkowa odmiana wrestlingu przygotowana przez Saber Interactive. Tytuł w przerysowany sposób przedstawia zapasy i pozwala sprawdzić się w potyczkach największych gwiazd na arenach w różnych regionach świata. Nastawiony na lekkie, imprezowe granie i zabawę przez sieć, próbuje też zaoferować coś pojedynczemu graczowi, ale wychodzi mu to słabo i błyskawicznie w zabawę wkrada się męcząca monotonia. Na ringi wrócę więc już przy innej okazji, wierząc, że odnajdę na nich tyle samo frajdy, co kiedyś przy Smackdownach na PSX-ie.
Podoba Ci się moja twórczość i ten blog? Nie przegap innych materiałów z Gralingradu, w których podróżuję przez produkcje stare i nowe. Obserwuj profile bloga na Facebooku, Twitterze, Instagramie i YouTube. Jeśli doceniasz moją twórczość, postaw mi kawę, która pomoże mi ustać na nogach na ringu podczas kolejnych wrestlingowych batalii! Dzięki z góry!





