Pamiętnik Gran Turismo 7 #23: Skrajne emocje
Walczę z wypracowanymi nawykami w ramach zmagań Super Formula, a później poznaję na własnej skórze wszystkie uroki live-service’u. Gran Turismo 7 wkurza i bawi, a przez to też nie pozwala przestać myśleć o kolejnych przejazdach do zaliczenia i wyzwaniach do odhaczenia. Zapraszam na już dwudziesty trzeci wpis w pamiętniku z GT7!
Dzień 143
Super Formula przynosi nowy rodzaj wyzwania i skutecznie spowalnia, by nie napisać, że wstrzymuje mój progres. Po dziesiątkach godzin, podczas których trzeba było dobrze wymierzać hamowanie i pilnować prędkości, z którą wchodzimy w zakręt, teraz chodzi o utrzymywanie dużych liczb na liczniku, co by docisk był odpowiedni. Skutek tego taki, że uczę się zachowania bolidu przemalowanego na barwy uwielbianej Toyoty F1 Team, ale też szkolę się z każdego toru, na którym przychodzi się ścigać.
Watkins Glen idzie na pierwszy ogień. Szybki obiekt, na którym można poszaleć, ale trzeba też pilnować limitów toru. Za pierwszym razem, kończę na szarym końcu stawki, poznając dopiero Super Formulę. W następnych próbach jest już znaczna poprawa. Coraz lepsze tempo, coraz wyższe miejsca na mecie. W jednej z kolejnych prób jadę z zamiarem zdobycia podium, byle tylko wreszcie zaspokoić oczekiwania Luki z kawiarni. Niespodziewanie okazuje się, że po wskoczeniu do trójki, na trzy kółka przed metą, mam w bliskim zasięgu także lidera. To okazja, której nie wypada zmarnować. Wreszcie wygrywam.
Dzień 144
Nowy dzień, nowa lekcja w Super Formula. Tym razem poznaję ze szczegółami obiekt Circuit de Sainte-Croix – B. Pierwsze okrążenia traktuję jako testy i przejazdy szkoleniowe. Jest czego się uczyć, bo stawka trzyma mocne tempo, a ja początkowo mam problem, żeby utrzymać się choćby blisko konkurentów z ogona. W zawodach Super Formula chodzi przede wszystkim o to, żeby ustalić, które zakręty wymagają wciśnięcia pedału hamulca oraz wytypowania miejsc do manewrów wyprzedzania.
Kiedy już skończyłem odrabiać tę część pracy domowej, ruszam do rywalizacji na poważnie. Przebijam się wyżej i wyżej, a w okolicach siódmego kółka niespodziewanie rywale jadący na miejscach 5, 4, 3 i 2 wszyscy zjeżdżają do pitstopu. Na następnym okrążeniu zmyka zmienić opony też dotychczasowy lider, którego zdołałem dogonić już na sekundę różnicy. Spoglądam na swoje średnie opony i widzę, że powinny wytrwać do końca.
Sęk w tym, że prowadząc i czując presję z konieczności dojechania na czele stawki, zaczynam za dużo myśleć. Nie dość, że i tak nie unikam błędów, to jeszcze jadę wolniej niż wcześniej. Tymczasem ścigający mnie peleton wykręca najlepsze czasy do tej pory. Z pięciosekundowej przewagi zostają grosze.
Na metę wpadam z sekundą przewagi. Wypuszczam z płuc powietrze głośniej niż zwykle. Drugi punkt odhaczony.
Dzień 145
Zmobilizowany, by wykorzystać świeżość i zrozumienie zachowania bolidów, od razu rzucam się na trzeci z czekających wyścigów. Ostatni punkt wymagany do zaliczenia menu od Luki. Wita mnie dobrze znany tor Fuji International Speedway, na którym kiedyś zdążyłem się już napocić przy okazji misji z wyprzedzaniem.
Takie przeżycia zostają w pamięci. Szybko odświeżam sobie układ zakrętów i opracowuję plan na wyścig za kółkiem bolidu. Pierwszą próbę kończę na pozycji trzynastej, z najlepszym czasem o trzy sekundy gorszym od najszybszego kierowcy na obiekcie.
Lekkie modyfikacje w przełożeniach i wyruszam ponownie na tor. Tym razem hamuję nieco później po długiej prostej i atakuję agresywniej podczas manewrów wyprzedzania. Podpieranie się na konkurentach nie jest szczytem dżentelmeńskiej postawy, ale zależy mi na dotarciu na metę w czołowej trójce, więc sentymenty chowam do torby.
Opony wytrzymują agresywną walkę, paliwa w baku też nie brakuje, a ja korzystam z pitstopów kilku konkurentów, by przebić się do grona najlepszych. Na ostatnim kółku łykam też w końcu lidera. Dość niespodziewanie kończę przygodę z tym menu z trzema zwycięstwami!
Na koniec dnia zaliczam jeszcze jeden wyścig z Pucharu Jimny’ego, który jest mi potrzebny do zaliczenia wszystkich wyzwań z tego tygodnia. Tu akurat aż za bardzo tuninguję swoją maszynę, bo na śnieżnym torze odstawiam konkurentów o ponad dwadzieścia sekund.
Dzień 146
Ile kosztuje live-service? Zależy od jednostki, którą przyjmiemy. Dziś przekonałem się, że może kosztować 30 minut życia lub 825 000 kredytów. Dokładnie tyle straciłem, kiedy nagle utracone połączenie z serwerem sprawiło, że wygrana rywalizacja w World Touring Car 700 w ogóle się nie zapisała.
Trudno powiedzieć, co zabolało bardziej. Utracona premia za czysty wyścig czy jednak pół godziny straconego bezpowrotnie czasu. Mogłem w tym momencie odstawić Gran Turismo 7 na chwilę, by odetchnąć, ale ten ostatni wyścig na Circuit de la Sarthe dzielił mnie od sześciogwiazdkowego kuponu na samochód. Zacisnąłem zęby i kliknąłem w restart.
Do rywalizacji w tym wyścigu-widmo wystawiłem Hondę NSX grupy 3 z ogranicznikiem mocy i balastem. Gdzieś czytałem, że to dobry sposób na ułatwienie sobie zmagań. Pierwsze wygrane zawody pokazały, że rzeczywiście auto dobrze radzi sobie w batalii z modelami grupy 4, choć pod względem czasu jednego okrążenia wcale nie byłem najszybszy. Swoje robiło jednak lepsze zarządzanie paliwem i oponami.
Prezent na uspokojenie
Druga próba okazała się, jakby mało było przeszkód, trudniejsza. Za pierwszym razem pogoda sprzyjała szybkiemu ściganiu, bo nad torem przeszły niewielkie chmury. Tym razem asfalt zmoczyło mocniej, więc musiałem w środkowym etapie zmagań zwolnić i uważać przy hamowaniu. Na szczęście konkurenci mieli jeszcze więcej kłopotów. Jedni stracili do mnie sporo czasu w boksach, inni też walczyli z samochodem na oponach pośrednich lub tych na suchy tor.
Koniec końców dotarłem na metę z dużą przewagą. Pół minuty było efektownym triumfem. Czy warto było się tak napocić? Kiedy w ruletce wypadł wart trzy miliony Nismo R34 GT-R Z-tune ’05 nie miałem już wątpliwości, że tak. Algorytmy Polyphony musiały najwyraźniej wyczuć, że jestem bliski powiedzenia sobie na wiele dni „dość”.
Dzień 147
To już ten moment mojej przygody z Gran Turismo 7, że kolejne poszukiwane samochody do garażu zaczynają odczuwalnie drenować wirtualny stan konta. Ceny przekraczające milion i dwa są na porządku dziennym, a wizja uciułania z wyścigów dwudziestu baniek na najdroższe modele wydaje się totalną abstrakcją. W tych warunkach każda okazja na soczysty zastrzyk gotówki jest warta złapania.
Dlatego postanowiłem tego wieczora odpuścić sobie latanie javelinem w Anthem i cały wieczór poświęcić na zapowiadający się na łatwy zestaw cotygodniowych wyzwań. 300 000 kredytów i sześciogwiazdkowy kupon wystarczały za motywację. Przy okazji mogłem dorzucić mały krok naprzód w progresie, bo ostatnie zawody na liście do odhaczenia oznaczały sprawdzenie się na Dragon Trail – Ogrody w zmaganiach World Touring 700. Wyścig, w którym jeszcze nie startowałem.
Potrzebowałem czegoś z mocą tuż poniżej górnej granicy 700 PP. Coś mnie skłoniło, by znów dać szansę kultowej alfie romeo 155 V6, która w latach dziewięćdziesiątych dołożyła swoją cegiełkę do historii motorsportu. Silnik może nie otula uszu podczas pracy na wysokich obrotach, ale auto prowadzi się nawet nieźle i szybko złapaliśmy dobry rytm.
Mistrzowska strategia
Nauczony doświadczeniem tym razem zabrałem ze sobą opony przejściowe i na mokry tor. Szybko ustawiłem pracę silnika nieco bardziej na tryb ekonomiczny i wrzuciłem na ekran radar pogodowy w maksymalnym oddaleniu. Powoli piąłem się w górę stawki, a kątem oka obserwowałem nadchodzące z północy spore chmury.
Pit-stop wypadł optymalnie. Dopiero zaczynało mocniej padać. Zdążyłem też dostrzec zalążek końca chmur. Zanosiło się na krótki i intensywny opad. Wybrałem więc opony pośrednie i wróciłem na tor. Ze zdumieniem obserwowałem rywali, którzy ominęli zjazdy i teraz tańczyli na asfalcie. Próbowali wydostać się z trawiastych poboczy na oponach miękkich, średnich i twardych. Równie przezorna co ja okazała się ledwie garstka. Niektórzy jednak przestraszyli się aż za bardzo. Poszli w opony na mokry tor, więc kiedy ja po prostu lekko zwolniłem na przesuszającej się nitce Dragon Trail, oni zaczęli tracić kolejne sekundy w boksach. Wygrałem z ponad minutową przewagą i mając na koncie zdublowaną połowę stawki. To chyba jedno z największych zwycięstw osiąganiętych dzięki strategii w mojej przygodzie w Gran Turismo 7.
—
Gran Turismo 7 to kolejna odsłona jednej z najsłynniejszych gier wyścigowych, które kiedykolwiek ukazały się na konsolach i komputerach. Wydawana ekskluzywnie na PlayStation pozwala na długie tygodnie zatopić się w kolekcjonowaniu setek samochodów oraz na wyścigach po prawdziwych i fikcyjnych torach w różnych rejonach świata. Do tego uniwersum wracam po wielu latach przerwy, ale z bagażem ciepłych wspomnień zebranych w odsłonach z numerkami 1, 2 i 4. Jakie wrażenia wzbudzi we mnie GT7? O tym przeczytasz w kolejnych odcinkach pamiętnika – tylko w Gralingradzie!
Nie przegap innych materiałów z Gralingradu, w których podróżuję przez produkcje stare i nowe. Obserwuj profile bloga na Facebooku, X-ie, Instagramie i YouTube. Możesz również wspomóc stronę na Patronite, a jeśli doceniasz moje starania w takiej formie gier relacjonowania – postaw mi kawę, która pozwoli na kilka wyścigów więcej podczas wieczornej partyjki! Dziękuję z góry!




