Freedom Wars #2: Nowe prawa grzesznika
Wolność docenimy dopiero wtedy, kiedy ktoś nam ją odbierze. Kilka dni spędzonych w ciasnej celi bez prawa do czegokolwiek zmieniło mój sposób patrzenia na życie i najważniejsze wartości. Jeśli władze Panopticonu chciały, żebym docenił ich szczodrość wyrażaną kolejnymi wykupywanymi sobie prawami, to osiągnęły swój cel.
Rzeczywistość Panopticonu
Widok poza celą nie był kojący. Nadal dominowała szarość betonów i brunatność rdzy, która trawiła metalowe elementy konstrukcji składającej się na nasz dom. Grzesznicy z najniższych poziomów nie mogli liczyć na wiele więcej. Radością dla nich musiał być fakt, że mogą się swobodniej poruszać, w ogóle wyjść poza cztery ściany swojej celi. Moja asystentka upominała mnie na każdym kroku. Próby nawiązania zwykłej rozmowy, wszak jesteśmy istotami społecznymi, gasiła w zarodku. Przypominała oschle, że nie przynoszą one Rzymowi żadnej korzyści.
Kilka udanych misji pozwoliło mi zmniejszyć karę o pięćset lat. Zdając egzamin, awansowałem na drugi poziom, ale nadal musiałem uważać. Gapiostwo oznaczało kolejne kilka dekad do wyroku, jak choćby wtedy, kiedy ośmieliłem się biec dłużej niż przez pięć sekund. Życie poza misjami było tak obwarowane wytycznymi i ograniczeniami, że zaczynałem wyczekiwać kolejnych operacji bojowych. Być może taki jest cel władz Panopticonu, by grzesznicy żyli od zlecenia do zlecenia i traktowali je jako szansę ucieczki od ciężkiej codzienności.
The Warren
Nabrałem już nieco doświadczenia na placu boju, choć nadal czuję, że to bardziej szczęście i okoliczności niż realne umiejętności zapewniają mi sukcesy. Wspierany przez rozgarniętych i dobrze zorientowanych kompanów robię kroki we właściwą stronę jako produktywny i dobrze rokujący grzesznik. Skąd wniosek, że robię postępy? Niejako zasugerował mi to egzamin CODE 2, podczas którego zmierzyliśmy się z Abductorem wyposażonym w tarcze i solidny arsenał. Pociski naszych karabinów odbijały się jak piłeczki, ale szybko doszedłem do tego, by użyć ciernia i odciąć mu generatory osłon. Był sam, więc okazało się to całkiem proste. Co innego będzie w przyszłości, jeśli znajdą się kompani osłaniający mu tyły i zbijający takie natrętne ludzkie muchy jak ja.
Wraz z awansem w hierarchii grzeszników zyskałem szansę, by poznać dwa szczególne miejsca. Stanowiący coś na wzór dobrze zaopatrzonego sklepu Zekke oraz restaurację zwaną dla niepoznaki „Stacją tankowania”. Lokale znajdowały się na poziomie zero, „The Warren”, który dawał w teorii cenną możliwość wchodzenia w interakcje pomiędzy szanowanymi obywatelami i starającymi się odpracować kary grzesznikami.
Moi kompani zdążyli mi zasygnalizować, że warto dobrze żyć z mieszkańcami Panopticonu, ale jakoś na razie trudno mi przychodzi w ogóle o tym myśleć. Zdążyłem już usłyszeć i zobaczyć, jak pogardliwie traktują podobnych mi grzeszników. Nie różni nas przecież wiele, jesteśmy częścią tej samej społeczności i przedstawicielami tego samego gatunku, a mimo to uważają nas za podludzi. Śmierdzące, odrażające odpady społeczne. Zastanawiam się, czy to tylko kwestia niskich rang, czy może skutek podziałów społecznych, które wytworzyły się w obliczu kryzysu. Nowych realiów, z którymi przyszło się mierzyć naszej cywilizacji.
Integracja grzeszników
Niedługo po zdaniu egzaminu na wyższą rangę Uwe i Nina, towarzysze, z którymi byłem najwyraźniej w bliższych relacjach przed utratą pamięci, wyszli z propozycją przyjęcia integracyjnego. Trudno było dyskutować z ich ideą pogłębienia relacji między grzesznikami z samego dołu hierarchii. Jesteśmy tu pozostawieni niemalże sami sobie, traktowani jak zasób, który ma jedynie potulnie wykonywać polecenia. Dobrze mieć wokół siebie sojuszników i ludzi, na których można liczyć na placu boju. Początkowo sceptyczny do pomysłu, szybko zmieniłem zdanie. Cieszę się, że mogłem nieco lepiej poznać kompanów, z którym przyjdzie mi wyruszać pewnie na jeszcze niejedną misję.
O tym, jak ważna będzie ich rola, przekonałem się już podczas następnej wyprawy. Okazało się, że grupa cywilów znalazła się na celowniku grzeszników z innego Panopticonu. Lądowaliśmy w zrujnowanym rejonie miasta, w którym musieliśmy działać szybko i precyzyjnie. Celem było ewakuowanie przynajmniej trzech osób, na co chrapkę mieli też nasi wrogowie. Nie zdążyłem nawet dobrze zorientować się w położeniu, kiedy zaczęły docierać pierwsze sygnały o uprowadzonych cywilach transportowanych do punktu ewakuacyjnego. Trzeba było przemieszczać się błyskawicznie, by ich przejąć.
Przeciwko innym ludziom
Nie zdołałbym zająć się wszystkim sam. Skupiłem się więc na byciu tym utrudniającym życie grzesznikom z innego Panopticonu. Zaczaiłem się nieopodal ich punktu ewakuacyjnego, by zatrzymywać każdego, kto próbował przedostać się z cennym dla nas specjalistą. W tym samym czasie moja asystentka zabierała odbitych cywilów, transportując ich pod eskortą Mattiasa i Uwe’a. To był pierwszy raz, kiedy na placu boju zmierzyłem się z innymi ludźmi. Z równie zmotywowanymi i walczącymi o odzyskanie wolności grzesznikami. Wymagający początek tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że droga do wyzerowania wyroku będzie długa, wyboista i zapewne pełna zakrętów…
—
Freedom Wars to wydany oryginalnie na PS Vita RPG akcji przypominający założeniami trochę serię Monster Hunter i opracowany przez studio Dimps. Tytuł wyróżnia się przytłaczającą, dystopijną atmosferą oraz ciekawym połączeniem mechanik walki wręcz i strzelania. Jak wypada w praktyce i co ma do zaoferowania w warstwie fabularnej oraz samym gameplayu? O tym wszystkim opowiem w ramach relacji w unikalnej formie opowiadania. Tylko w Gralingradzie!
Podoba Ci się moja twórczość i ten blog? Nie przegap innych materiałów z Gralingradu, w których podróżuję przez produkcje stare i nowe. Obserwuj profile bloga na Facebooku, Twitterze, Instagramie i YouTube. Jeśli doceniasz moją twórczość, postaw mi kawę, która pomoże mi ustać na nogach na ringu podczas kolejnych wrestlingowych batalii! Dzięki z góry!





