Jak 2: Renegade #9: Przepustka mistrzów
Praxis mógł czuć się zwycięzcą. Miał kamień, miał władzę, miał armię do swojej dyspozycji. Był o krok od uzyskania mocy, którą wykorzysta, by umocnić swoją pozycję i rozwiązać problem z Metal Heads. I tylko my nadal robiliśmy wiele, by zaburzać mu to poczucie spokoju.
Chroniąc Samosa
Sytuacja zmierzała do nieuniknionego finału. Baron mógł ukrywać się w wysokich murach pałacu, ale nie był tam bezpieczny. Mieliśmy kilka pomysłów, jak się do niego dostać. Najprostszą drogą wydawało się zdobycie przepustki za zdobycie mistrzostwa w wyścigach. Dzielił nas od tego jeden zwycięski bieg, w którym przy okazji dalibyśmy prztyczka w nos zadufanemu Erolowi.
Najpierw jednak zajęliśmy się kilkoma sprawami, które nie cierpiały zwłoki. Zabraliśmy nasiono życia do lasu za górską świątynią, gdzie czekał już na nas młodszy Samos. Potrzebował chwili czasu, by porozmawiać z roślinami i uzyskać odpowiedzi na nurtującego go pytania. Baronowi z jakiś względów było to nie na rękę. Wysłał do lasu swoje transportery, z których zaczęli wybiegać uzbrojeni strażnicy. Co gorsza byli tam też ci wyjątkowo nieprzyjemni karmazynowi latający na plecakach odrzutowych, których zawsze trudniej trafić.
Nacierali dwiema ścieżkami, więc Jak musiał co chwila patrzeć za siebie, czy czasem nie próbują go postrzelić w plecy lub nie atakują medytującego Samosa. Karabin dawał sobie radę, a kiedy zrobiło się naprawdę gorąco mój kompan wyciągnął działko obrotowe i jeszcze przyspieszył tempo wypluwania pocisków. Po kilku kolejnych nieudanych natarciach transportery odleciały, dając nam wreszcie spokój.
Przysługa dla Bruttera
Samos wrócił do nas przerażony. Dowiedział się, że Praxis zamierza zniszczyć kamień i uwolnić zamkniętą w nim moc. Nieświadomy powagi sytuacji, w ten sposób mógł unicestwić cały świat i wszystko, co żyje. Mędrzec spojrzał na nas i niemal błagalnym tonem rzucił, że musimy znaleźć sposób, by go zatrzymać.
Dodatkowy ciężar spoczął na naszych barkach. W takich chwilach trudniej skupiać się na błahostkach, więc początkowo odrzuciliśmy prośbę Bruttera, by uratować kilku kolejnych pojmanych lurkerów. Właściciel niewielkiego sklepiku słusznie zauważył jednak, że walczymy po tej samej stronie i wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Znów dała o sobie znać nasza bohaterska natura, bo mimo innych obowiązków podjęliśmy się także tego zadania.
Uratowanie naszych dawnych wrogów było prostsze niż się spodziewałem. Strażnicy niewiele mogli zrobić, kiedy pojazdami szybko niszczyliśmy transportery, a potem zabieraliśmy uratowanego lurkera na pokład, by wywieźć go w bezpieczne miejsce. Jak tylko co pewien czas wymieniał pojazd na mniej poobijany, by nie mieć problemu z nagłą awarią maszyny w najmniej odpowiednim momencie.
Droga na marne
Potem jeszcze odpowiedzieliśmy na wezwanie Kora, który zasugerował, żeby w końcu całkowicie zniszczyć maszynę wiertniczą w kopalni. Miało to skutecznie utrudnić życie baronowi, zaburzając stały dopływ eco do magazynów. Przyznam, że nie do końca łączyło mi się to w spójną całość, ale osłabianie zarządcy było czymś, na czym nam zależało.
Na miejscu czekał na nas dobrze znany robot niszczący. Zdążyliśmy już poznać jego możliwości, więc po rozbiciu kilku par drzwi zabezpieczających za pomocą soczystych serii ciosów, zostawiliśmy pancerz w bezpiecznym miejscu. Resztę drogi Jak pokonał na nogach. Unikał wywiewów ziejących gorącym powietrzem, laserów zabezpieczających i pojedynczych Metal Heads, którzy jakimś sposobem dostali się do środka.
Dotarliśmy do sterowni. Tam okazało się, że na nic nasza siła i cała posiadana broń. Panele sterownicze i komputery były zbyt wytrzymałe. Dopiero wtedy zrozumieliśmy, że robot będzie tu nieodzowny. Trzeba było wrócić całą drogę i pokonać ją jeszcze raz, tym razem za sterami powolnej i ociężałej maszyny. Jak był skupiony jak nigdy, bo nie do końca czuł się pewnie, skacząc nad rozpadlinami i chodząc po wąskich kładkach za sterami robota.
Nadzieje i szanse
Wjechaliśmy windą ponownie do sterowni i od razu zabraliśmy się do dzieła. Wystarczyło kilka ciosów, by posypały się iskry i płomienie. Damski głos ogłosił problemy z utrzymaniem poziomów mocy, a potem uruchomił zegar odliczający czas na ewakuację. Pognaliśmy do teleportu. Już na własnych nogach. Droga nie była długa, ale miała sporo przeszkód, przy których normalnie należałoby się zatrzymać. Znaliśmy jednak wątły zapas czasu. Ucieczka z epicentrum wybuchu była ważniejsza niż poparzenia czy trafienia laserem. Zdążyliśmy dobiec do drzwi na trzy sekundy przed końcem odliczania. Siła wybuchu wyrwała ogromną dziurę w kopule maszyny wiertniczej. Dobrze, że nie znaleźliśmy się w zasięgu.
Potem wróciliśmy na stadion. Jak i Keira pogodzili się, a nasza przyjaciółka opowiedziała o swoim planie odbudowania pojazdu, którym wcześniej pokonaliśmy granice czasoprzestrzeni. Potrzebowała dwóch elementów, by sfinalizować prace. Wciąż były szanse, że wrócimy do domu. Na pewno musieliśmy rozmówić się z Kree, bo to on posiadał jeden z niezbędnych nam artefaktów.
Przyszedł czas na finał mistrzostw. Ustawiliśmy się na starcie obok sześciu innych śmiałków. Na końcu do grupy dojechał pewny siebie Erol. Był gotowy użyć wszystkich sposobów, by posłać nas na tamten świat. Krótkie odliczanie i popędziliśmy przed siebie. Tor miał tylko jeden trudny fragment. Po długim zakręcie w prawo na środku pojawiała się rozpadlina, w której łatwo było się rozwalić. Jak postanowił brać ją po zewnętrznej.
Niespodzianka dla barona
Skróty na trasie były dziwnie oczywiste i łatwe do wykorzystywania. Konkurenci tymczasem z niezrozumiałych względów jeden z nich, ten prowadzący na wprost przed samą metą, dziwnie ignorowali. Kiedy na początku wykorzystaliśmy moment zamieszania, by odjechać stawce, ułożyliśmy resztę zmagań pod siebie. Jak tylko potem umiejętnie używał turbo i mądrze ścinał zakręty. Erol i reszta nie mogli nam zagrozić. Zwycięstwo i mistrzostwo były nasze.
Nieświadomy naszej tożsamości baron był gotów wygłosić kwiecistą przemowę. Jak miał dla niego niespodziankę. Wyczekał dobry moment, odwrócił się i poprosił, by zbliżył się jeszcze trochę, bo mają sobie coś do wyjaśnienia. Praxis był równie zaskoczony, co zły. Grzmiał, że dalszy opór i walka nie mają sensu, ale chyba sam nie wierzył we własne słowa. Dalszą dyskusję przerwał nam gnający na złamanie karku Erol, który nie mogąc pogodzić się z porażką, postanowił, że przejedzie nas swoim zoomerem. Rozpędzony, zbliżał się błyskawicznie, ale zamiast trafić w nas, poleciał prosto w przygotowany dla triumfatora zapas eco. Eksplozja dała nam odpowiedni atut zamieszania, by uciec spod luf gwardii przybocznej barona i wydostać się ze stadionu.
Z przepustką w rękach, wręczaną zwycięzcy mistrzostw, mogliśmy wreszcie udać się do pałacu.
—
Jak 2: Renegade to kontynuacja hitowej platformówki Jak & Daxter: The Precursor Legacy, która w dużym stopniu odchodzi od założeń klasycznej platformówki 3D. Zamiast tego dalsza opowieść o losach tytułowych bohaterów zmienia się w sandboksa w mrocznym i nieprzyjaznym świecie, stawiając dużo mocniej na strzelanie i fabułę. Co skrywa Jak 2 i jakiego rodzaju wyzwania oferuje? O tym wszystkim opowiem w kolejnych odcinkach opowiadania z gry. Tylko w Gralingradzie!
Nie przegap innych materiałów z Gralingradu, w których podróżuję przez produkcje stare i nowe. Obserwuj profile bloga na Facebooku, X-ie, Instagramie i YouTube. Możesz również wspomóc stronę na Patronite, a jeśli doceniasz moje starania w takiej formie gier relacjonowania – postaw mi kawę, która pozwoli mi przetrwać w Haven City! Dziękuję z góry!
<— Poprzedni odcinek relacji z gry Jak 2: Renegade
<— Przeczytaj pierwszy odcinek opowieści z Jak 2: Renegade
< — Przeczytaj opowieść z Jak & Daxter: The Precursor Legacy





