Fort Triumph #2: Ku przygodzie

Fort Triumph blog

Plany Gitgurna utonęły w zielonkawej krwi, która perfekcyjnie skomponowała się z porastającą łąkę trawą. Chęć pozyskania czwartego kompana przysporzyła trójce herosów trochę problemów, ale oddział goblinów nie był znowu czymś, z czym nie mierzyli się na co dzień.

Czwarta do kompanii

Oswobodzona przedstawicielka barbarzyńców Krita ucieszyła się z odzyskania wolności. Sam fakt, że została pojmana i uwięziona był dla niej abstrakcyjny z wielu względów. Silna, niezależna, potrafiąca zadbać o siebie kobieta dała się podejść bandzie niezbyt bystrych stworów. Na domiar złego ich lider wymyślił sobie, że oto pojmał niewinną niewiastę, za którą otrzyma od króla demonów sowitą nagrodę. Tak jakby dziesiątki rozbitych głów i połamanych kończyn, którymi mogła się pochwalić, nagle przestały mieć znaczenie.

Wesoła kompania rozrosła się. Przez krótką chwilę, która na linii czasu znaczyła tyle, co jeden skok leniwego pasikonika, herosi analizowali okoliczności powstania z martwych Steve’a. Szkielet tymczasem słabł w oczach i po chwili zmienił się w kupkę kości, która to z kolei sama przemieniła się potem w popiół. Bez obecności nekromanty, bez pompy, bez ceregieli. Bohaterowie odnotowali ten fakt, a potem ruszyli przed siebie. Fortuna, jak wierzyła choćby Liandra, czekała.

Grupa awanturników już w drodze powrotnej postanowiła skontaktować się z lady Aureline, by potwierdzić zlecenie. Czarodziejka nie zamierzała ryzykować, że ktoś może ją ubiec. Termin opłaty czesnego zbliżał się niebezpiecznie szybko, a jej perspektywa zakładała nagrodę za ten kontakt lub pożyczkę u bociana. A o tej porze roku te były raczej niedostępne, wygrzewając pióra w ciepłych krajach.

Zlecenie na hordę

Kryształowa kula nawiązała połączenie. Podniecony wizją rozmowy z kimś o takiej renomie Solaris próbował powitać przedstawicielkę arystokracji z właściwym szacunkiem, ale zderzył się z odpowiedzią automatycznej sekretarki. Niezręczną ciszę przerwała chwytliwa muzyka wygrywana na harfie, do której Krita zaczęła sobie pogwizdywać. W końcu ktoś po drugiej stronie odebrał połączenie. Był to sługa damy. Czwórka herosów miała okazję przysłuchać się krótkiej wymianie zdań, w której Aureline opisywała obrzydliwy spacer. Właśnie wróciła do domu i choć sama poruszała się karocą, to miała nieprzyjemność widzieć przypadkowego mężczyznę, który szedł na własnych nogach. To ją zniesmaczyło i pozbawiło chęci jakichkolwiek interakcji na resztę dnia.

Kiedy jednak usłyszała o paladynie po drugiej stronie, błędnie założyła, że to wyczekiwany lord i odebrała. Liandra od razu przeszła do rzeczy, próbując uprzedzić ruch rozmówczyni, która miała wiele powodów, by od razu rozłączyć się po odkryciu prawdy. Aureline początkowo była zaskoczona, ale przypomniała sobie wreszcie o wywieszonym ogłoszeniu i krótko wprowadziła herosów w szczegóły zadania.

Horda goblinów terroryzująca dolinę miała zostać spacyfikowana. Czwórka herosów miała zastąpić w tym istotnym zadaniu króla zajętego przedłużającą się wojną na wschodzie. Zadanie było raczej mało skomplikowane. Zebrać odpowiednią armię i w sojuszu z Wielkim Lordem Avathasem przegnać nieproszonych gości jak najdalej się da.

Kraina pełna okazji

Solaris rozjaśnił się na dźwięk imienia innego paladyna. Zazwyczaj pobłyskiwał tak, że niejednego przechodnia bolały oczy, ale teraz przypominał miniaturowe słońce na dwóch szczupłych nogach. Aureline rzuciła utartą formułką, niechętnie potwierdzając zasługi i renomę innego szlachcica. Potem jeszcze tylko zadeklarowała, że koszty nie mają znaczenia, zaskakując zachwyconą kluczowym szczegółem Liandrę i rozłączyła się.

Herosi mogli zabrać się do działania. Avathas znajdował się w niewielkiej odległości od ich bazy wypadowej i w gruncie rzeczy mogli tam dotrzeć nawet następnego dnia. Wybrali jednak scenariusz bardziej niespieszny, jakby fakt terroryzowania mieszkańców przed rozochocone pierwszymi sukcesami gobliny nie był wystarczającym argumentem. Gdyby ktoś jednak potrzebował znaleźć uzasadnienie takiego podejścia, które nie obdzierałoby kompanii do cna z bohaterskości i empatii, mógłby napomknąć coś o przygotowaniach do nadchodzących potyczek i rozbudowie twierdzy udającej bazę wypadową.

Lepszy oręż, mocniejszy pancerz, trochę potrzebnej praktyki, a i być może artefaktów przynoszących wsparcie w bitwach. Wszystko to było potrzebne każdemu szanującemu się wojownikowi, który pragnął zatańczyć z przeznaczeniem albo przynajmniej wykonać zlecenie lepiej płatne niż ostatnie. Otaczająca kraina rzeczywiście miała wiele do zaoferowania. Wystarczyło zrobić jeden niewłaściwy krok, by natrafić na odpowiednią liczbę potworów do trenowania lub wpakować się w serce ruin do plądrowania.

Buraki i magia

Fundamentem rozwoju tutejszych miasteczek i też twierdz takich, jak ta udostępniona jako baza wypadowa Liandrze i jej kompanom, były buraki. To za warzywa kupowało się stal, wiedzę, doświadczenie i nadzieję, że następna wyprawa nie zakończy się wizytą przy palenisku urazy. Nikt nie pamiętał, kto pierwszy wpadł na pomysł uczynienia walutą warzywa, ale wszyscy zgadzali się co do jednego. To działało. A to, w świecie pełnym magii i demonów, było argumentem nie do zbicia.

Drugim surowcem była magia. Jeśli chciałeś u siebie otworzyć placówkę oświaty dla adeptów czarowania lub niewielki punkt medyczny, potrzebowałeś zielonych kulek mocy. Wypełnionych hipnotyzującą zawartością przedmiotów, za które dostać mogłeś odpowiednie pozwolenie i zatrudnić wykwalifikowanych specjalistów. Czworo herosów musiało więc ruszyć w teren i oddać się wszystkim przyjemnościom i nieprzyjemnościom eksploracji, nim stawią się przed obliczem lorda Avathasa, by wraz z nim przepędzać intruzów.

Świat okazał się miejscem, w którym przeciwnicy rzadko atakowali uczciwie, a niemal nigdy pojedynczo. Symbolem problemu stały się pająki, które natura z niewiadomych względów wspierała w nadmiarowym rozroście i ewolucji. Nie miały do zaoferowania nic szczególnego poza liczebnością. Każdy z osobna wyglądał niegroźnie, lecz razem tworzyły żywą, chrzęszczącą przypominajkę, że ilość bywa jakością.

Masa pająków

Kiedy więc herosi na mokradłach napatoczyli się na zgraję kilkunastu małych stawonogów o agresywnym usposobieniu, sytuacja szybko przerodziła się z zabawnej w przerażającą. Solaris mógł machnąć raz, pajęczaki gryzły za to wielokrotnie. Była to nierówna wymiana poglądów na temat przemocy. Młot paladyna opadał z siłą, która zazwyczaj rozwiązywała spory natury egzystencjalnej, lecz tu trafiał w coś, co miało zdecydowanie zbyt wiele odnóży i zbyt mało respektu. Każde uderzenie kończyło jedną dyskusję, ale pozostałe pająki najwyraźniej uznawały to za sygnał do dalszej, zbiorowej argumentacji.

Choć heros nie chciał tego przyznać, a już na pewno pokazać swoim towarzyszom, poczuł, jak ukąszenia zaczynają odbierać mu siły. Postawny mężczyzna był o krok od ugięcia kolana przed istotami, które normalnie nie sięgały mu do kostki. Ból nie przejmował się zbytnio kodeksami rycerskimi.

Pozostali bohaterowie nieco prędzej zorientowali się w skali czekającego wyzwania. Szybkość i zasięg wysunęły się na czoło najpilniej poszukiwanych cech bojowych, wyprzedzając o kilka długości siłę fizyczną. Evon i Liandra, zmuszeni do wzięcia na barki ciężaru bitwy, dźwignęli go w spektakularny sposób. Pierwsza zrobiła to czarodziejka, która ku zdziwieniu kompanów wpadła w sam środek zgrai pająków, a następnie wyzwoliła wokół siebie ścianę ognia, która za jednym zamachem spopieliła kilka stworów.

Evon kiwnął głową, samą mimiką twarzy zdradzając uznanie. Zaraz potem zacisnął dłonie mocniej na łuku. Posłał pierwszą strzałę, która przebiła na wylot pająka stojącego za plecami Solarisa. Potem, korzystając ze swojego specjalnego talentu, wypuścił drugą bez potrzeby analizowania pozycji celu i choćby sekundy odpoczynku. Poszybowała daleko, mijając niewielkie krzaki i wylądowała prosto w ciele złocistego pajęczaka, który akurat szykował się do oplucia kwasem Krity. Szanse się wyrównały. Sytuacja została opanowana. Bohaterowie zapisali w swoich osobistych dzienniczkach cenne wnioski dotyczące wpływu liczebności wrogów na szanse zakończenia bitwy żywymi. Miało to wydatnie pomóc im w planowaniu kolejnych starć…

Fort Triumph to taktyczno-strategiczna produkcja przygotowana przez CookieByte Entertainment i wydana w pełnej wersji w 2020 roku. Osadzona w świecie fantasy gra łączy w sobie turowe, taktyczne bitwy przypominające serię XCOM lub Final Fantasy Tactics z eksploracją i rozbudową własnej osady mocno inspirowanymi Heroes of Might and Magic. Wszystko to dodatkowo skąpane w sporej dawce absurdu i humoru. Jak wypada gra? Jaką historię opowiada i czy rzeczywiście daje okazję się pośmiać? O tym wszystkim dowiesz się z relacji w formie opowiadania. Tylko w Gralingradzie!

Nie przegap innych materiałów z Gralingradu, w których podróżuję przez produkcje stare i nowe. Obserwuj profile bloga na Facebooku, X-ie, Instagramie i YouTube. Możesz również wspomóc stronę na Patronite, a jeśli doceniasz moje starania w takiej formie gier relacjonowania – postaw mi kawę, która pozwoli perfekcyjnie taktycznie rozegrać każdą nadchodzącą bitwę! Dziękuję z góry!  

Następny odcinek relacji z gry Fort Triumph —>

<— Pierwszy odcinek opowieści z gry Fort Triumph

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.