Freedom Wars #5: Świat bez zasobów
To mogło się dla nas bardzo źle skończyć. Gdyby nie pomoc Juliena i jego pracodawcy, którzy wykorzystali swoje kontakty, Natalia zapewne przyparłaby nas do muru i wycisnęła informacje o Sylvii oraz jej mechanicznym smoku, który na moment zjawił się w naszym Panopticonie. Rozmowa sióstr była krótka i raczej niezbyt przyjemna.
Ścieżka upadku
Mogłem tylko współczuć Beatrice. Nie pasowała do świata, w którym przyszło jej żyć. Nie rozumiała rządzących nim zasad i nie zgadzała się z nimi. Była podobna do swoich rodziców w tym względzie. Kiedy ojciec zaginął, postanowiła zaryzykować wszystko i go odnaleźć, co skończyło się przyjęciem drugiej tożsamości. Została grzesznicą harującą dla Rzymu. Sylvia nie chciała tego zrozumieć. Wyrzucała jej podążanie ścieżką upadku, która wcześniej tak skrzywdziła całą rodzinę. Zapewne miała w tym trochę swojej racji. Musiała wiele wycierpieć z powodu takiego, a nie innego podejścia opiekunów.
Im więcej się o tym dowiadywałem, tym bardziej chciałem pomóc w odnalezieniu Cesare. Nie było to łatwe z pozycji grzesznika poziomu 3, który ma pełne ręce roboty i sporo na głowie. Wcześniejsze bitwy przypomniały mi, jak wiele nauki jeszcze przede mną. Mimo to do egzaminu poziomu czwartego podchodziłem optymistycznie, czując, że cały czas robię progres.
Utracone życia
Zadanie wydawało się proste. Ocalić trzech cywilów z rąk Porywaczy należących do innego Panopticonu. Wprowadzenie ostrzegało, że napotkamy też wrogich grzeszników, którzy będą chcieli skomplikować nam życie. Miałem to wszystko w pamięci, ruszając przed siebie z ogromną rakietnicą w dłoniach. Wokół dreptali wybrani towarzysze oraz cztery towarzyszące nam androidy. Bez zbędnej zwłoki rzuciliśmy się do ataku na pierwszego robota przetrzymującego naszego krajana. Posłałem w jego stronę trzy salwy rakiet, mierząc po nogach i korpusie. Dźwięk potwierdzający powzięcie celu niezmiennie mnie satysfakcjonował. Podobnie jak widok salwy rakiet wyruszających do celu.
Potem zbliżyliśmy się z odziałem, by ciąć i ostrzeliwać z krótkiego dystansu. Bitwa nabrała tempa. Ani się obejrzałem, a straciłem pierwsze życie. Dopadł mnie jeden z grzeszników i pogruchotał kości ciężkim młotem. Nikt nie zdążył mnie reanimować w wyznaczonym, krótkim czasie. Parę chwil później równie głupio, w podobnym chaosie, zginąłem po raz drugi i trzeci. Walka dopiero się rozpoczęła, a ja już byłem na granicy eliminacji – z dwoma pozostałymi szansami na restart przez systemy ratunkowe Panopticonu.
Zrozumiałem, że muszę zacząć uważniej obserwować swoje otoczenie. Zwłaszcza nacierających brutalnie grzeszników, którzy potrafili w kilka chwil poważnie nas poranić. Rakietnice nie były na nich zbyt skuteczne. Powłoki Porywacza były już uszkodzone w ponad pięćdziesięciu procentach, kiedy sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej. Moment nieuwagi oznaczał, że machina wciągnęła również moją asystentkę. Miałem nieco ponad trzy minuty, by uwolnić ją ze środka bestii.
Uratować androida
Przypomniała mi się wcześniejsza porażka. Taki błąd oznaczał wiele pracy, by go naprawić. Nie mogłem dopuścić do powtórki i znów narazić się na konieczność zgłaszania prośby o misję specjalną. Stawiając wszystko na jedną kartę, rzuciłem się z sojusznikami na robota, by powalić go, nim minie wyznaczony czas.
Sekundy upływały nieubłaganie, ale nasz upór zrobił swoje. Na chwilę przez końcem rozbiliśmy pancerze skrywające uprowadzonych. Kiedy pierwsza z machin padła, zrobiło się trochę łatwiej. Nie musieliśmy tak rozdzielać naszej uwagi pomiędzy różne czyhające na nas zagrożenia. Przejęliśmy inicjatywę. Zaczęliśmy sprzątać na placu boju, kontrolując wrogich grzeszników i zważając na przybywające posiłki. Już bez błędów i niepotrzebnego stresu. Zaliczyliśmy ten test.
Wysłuchując przedziwnego miśka w kapeluszu, komunikującego werdykt i przekazującego gratulacje, myślami błądziłem gdzie indziej. Operacja, którą odbyliśmy, została nazwana egzaminem nie bez przyczyny. Rzeczywiście sprawdzała nasza umiejętności bojowe, zarówno w pojedynkę, jak również jako współpracującej grupy. Miałem sporo wniosków po tej wyczerpującej batalii.
Pożegnanie z rakietnicą
Rakiety nie zdały egzaminu. Za długo zajmuje namierzanie, choć jest potwornie satysfakcjonujące. Na domiar złego są zupełnie nieskuteczne na grzeszników. Z bólem serca muszę też przyznać, że nie czuć destrukcyjnej siły salw, kiedy już dotrą do celu. To wszystko skłania mnie ku decyzji o zmianie oręża. Postanawiam wrócić do sprawdzonej broni. Działko automatyczne wypluwające z siebie dziesiątki pocisków w każdej sekundzie wygląda na idealny wybór do kontroli tłumów, ale też przygważdżania Porywaczy, jeśli nadejdzie taka potrzeba.
Przesuwam się w hierarchii grzeszników, a to oznacza trudniejsze operacje do wykonania. Misje o większym znaczeniu, podczas których będę mierzyć się z nowymi wyzwaniami i gdzie będę musiał się bardzo starać, by nie rozczarować kompanów. Kończy się czas na testowanie ekwipunku. Muszę być dobrze przygotowany i wyposażony, jeśli chcę przeżyć i nie narazić na niebezpieczeństwo Uwe, Mattiasa, Sergio, Niny czy Beatrice.
Ograniczone zasoby
Wraz z osiągnięciem nowego poziomu zyskuję też prawo do instalacji ulepszeń, które zwiększą możliwości mojego ciała. Od razu w oczy rzucają się mi te, których potrzebowałbym najbardziej. Większa żywotność i odporność na ataki wrogów, a do tego na pewno zdolność dłuższego utrzymywania się na granicy życia, co by moja asystentka lub inny kompan zdołali postawić mnie na nogi bez ryzyka utraty jednej z kilku wyznaczonych na misję szans restartu. Wszystkie te wzmocnienia są jednak kosztowne. Pierwszy raz na własnej skórze przekonuję się, że zasoby są czymś ograniczonym. Czymś cennym i poszukiwanym. Muszę zdobyć sporo części z Porywaczy, by wykupić ulepszenia.
Na dodatek problem braku potrzebnych elementów dotyka też wybrane przeze mnie działko, blokując możliwości ulepszeń. Nie wróży to dobrze na przyszłość, jeśli szybko nie zdobędę tego, co jest mi najbardziej potrzebne…
—
Freedom Wars to wydany oryginalnie na PS Vita RPG akcji opracowany przez studio Dimps. Tytuł wyróżnia się przytłaczającą, dystopijną atmosferą oraz ciekawym połączeniem mechanik walki wręcz i strzelania. Jak wypada w praktyce i co ma do zaoferowania w warstwie fabularnej oraz samym gameplayu? O tym wszystkim opowiem w ramach relacji w unikalnej formie opowiadania. Tylko w Gralingradzie!
Podoba Ci się moja twórczość i ten blog? Nie przegap innych materiałów z Gralingradu, w których podróżuję przez produkcje stare i nowe. Obserwuj profile bloga na Facebooku, Twitterze, Instagramie i YouTube. Jeśli doceniasz moją twórczość, postaw mi kawę, która pomoże mi ustać na nogach na ringu podczas kolejnych wrestlingowych batalii! Dzięki z góry!
<— Poprzedni odcinek relacji z gry Freedom Wars




