Mizeria FM19 #54: Macie swojego mistrza

Macie swojego mistrza_Spartak Trnawa

Łatwo być jednostrzałowcem. Autorem jednego hitu, który równie szybko wskoczył na pierwsze strony gazet, co z nich zleciał. Stach Mizeria nie chciał zapisać się w annałach historii jako trener, któremu raz udało się wstrzelić w dobry moment i coś wygrać. On budował coś większego w Trnawie. Po to przecież odrzucił kilka dużo bardziej lukratywnych propozycji i zdecydował się tkwić w Spartaku.

Przeszkoda – Midtjylland

Sezon dopiero się rozpoczynał, wspomnienia po niedawnych sukcesach nie zdążyły wygasnąć, a sytuacja polskiego szkoleniowca wygląda już dużo mniej różowo. Prowadzony przez niego mistrz Słowacji wypadł z rywalizacji o elitarną Ligę Mistrzów na pierwszej poważnej przeszkodzie. Ze względu na marny współczynnik wcale nie miał też prawa być pewnym miejsca w fazie grupowej Ligi Europy. Na przeszkodzie stał mu dużo wyżej notowany i mocniejszy kadrowo Midtjylland.

Z takim rywalem Spartak musiał wyjść na boisko dobrze ustawiony, odpowiednio zmotywowany i w najsilniejszym składzie. Trzeci warunek szybko okazał się niemożliwy do spełnienia. Bartolewski dopiero kończył rehabilitację po kontuzji i prowadził wyścig z czasem, a w potyczce z Dubnicą urazu rzepki nabawił się Lis. Dwóch podstawowych bocznych obrońców miało pauzować, a obaj mają duże znaczenie w taktyce Stacha z atakami skrzydłami i podwajaniem pomocników.

Mizeria miał ból głowy. Z ogłoszeniem jedenastki czekał do ostatniej chwili i chociaż klubowy lekarz odradzał, umieścił w niej też Bartolewskiego. Zaryzykował, ale nijak się mu to nie opłaciło, bo zawodnik w ofensywie nawet razu celnie nie dośrodkował na głowę partnerów. Końcowy wynik konfrontacji – 1:1 – kibice i sztab trenerski przyjęli z wdzięcznością. Gol stracony na własnym boisku co prawda nie wieszczył niczego dobrego, ale wynik rywalizacji nadał był sprawą otwartą.

Trnawa Midtjylland

Części składowe

Rywalizacja z Duńczykami była kolejną, w której nie popisali się napastnicy. W realizacji obowiązków wyręczył ich więc ostatnio traktowany przez trenera w roli żelaznego rezerwowego Udeh. Doświadczony zawodnik na pewno nieco inaczej wyobrażał sobie drugą część kariery. Jeszcze kilka miesięcy temu był stawiany za wzór solidności w lidze, a teraz przegrywał rywalizację z jakimiś młodzikami. To mogło go frustrować i rodzić w nim poczucie pewnej niesprawiedliwości. Stach jednak podchodził do całej sytuacji bez sentymentów. Jeśli komuś był cokolwiek winien w tym zespole, a zwłaszcza przy ustalaniu składu, to Havelce.

To właśnie filigranowy pomocnik znów dał Mizerii powód do czegoś na wzór ojcowskiej dumy. Znakomicie dyrygował linią pomocy w ligowej potyczce z Michalovce i to jego penetracyjnym podaniom trafienia zawdzięczali Stimac i Iugulescu. Triumf był bardzo ważny dla Spartaka, który po sześciu kolejkach wspiął się na pozycję numer 3. Do Dunajskiej tracił jeszcze siedem oczek, ale za Slovanem był tylko o trzy.

Lekcja duńskiego

Mistrz z Trnawy zdawał się powoli wracać do dyspozycji, którą zachwycał w poprzednim sezonie. Kto wie, gdyby może dostał jeszcze parę tygodni, zdołałby wskoczyć do europejskiej czołówki walczącej w fazie grupowej pucharów. Decydująca bitwa z Midtjylland przyszła niestety za wcześnie. Choć Daniel Kovac otworzył wynik w 7 minucie, to potem Spartak zupełnie się pogubił i w pół godziny stracił trzy gole. Wynik można było jeszcze gonić. Sygnał ku temu dał nawet przed przerwą Bojović, ale później Duńczycy już wzmocnili obronę i postawili mur nie do przebicia. A na pewno nie do pokonania, gdy w zespole nie ma się snajpera, który potrafi regularnie trafiać do siatki.

Najgorszy możliwy scenariusz dla słowackiego futbolu stał się faktem. Kraj nie miał nawet jednego reprezentanta w fazie grupowej któregokolwiek z dwóch pucharów. Macie swojego nowego mistrza – mogli z czystym sumieniem napisać rozżaleni kibice z Bratysławy w mediach społecznościowych. Slovan pewnie by to dowiózł.

Szeroka kadra pełna talentów

Choć Spartak odpadł z europejskich pucharów w eliminacjach, a na krajowym podwórku zanotował falstart, w zarządzie panował spokój. Wyniki sportowe wzbudzały może dyskusje, ale włodarze równie skrupulatnie analizowali aspekty biznesowe dotyczące klubu. A te pod okiem Mizerii kwitły. Szkoleniowiec stawiał na młodych piłkarzy, ściągnął i rozwijał wiele młodych talentów, a jednocześnie trzymał w ryzach budżet na wynagrodzenia. Szefostwo wiedziało, że mając w rękach karty zawodnicze takich piłkarzy, jak Bojovic, Ciobanu czy Novota, nie muszą martwić się o przyszłość.

Ich spokój był uzasadniony, bo młodzicy robili postępy. Młody rozgrywający z Gruzji, Irakli Matskharashvili, szybko zanotował na koncie cztery asysty, wyrastając na solidnego kreatora gry. Novota robił duże kroki w kierunku reprezentacji kraju. Treningi przynosiły efekty – Fedorov nauczył się podawać na wyjście, Iugulescu grać krótkimi podaniami, a Ciobanu przestał odbierać piłkę tylko wślizgami. Z każdym miesiącem rosła więc ich rynkowa i sportowa wartość. Pozostało tylko cierpliwie czekać, by zacząć zbierać plony.

Semyon Fedorov

Kto sprzedaje koszulki

Z czasem Stach uciszył krytyków także pod względem sportowym. Remisem 0:0 jego Spartak przedłużył serię potyczek bez porażki ze Slovanem do sześciu. Nikt nie mógł się pochwalić takim wyczynem w kraju od bardzo dawna. Słowacy w końcu doczekali się ekipy, która jest w stanie postawić się wieloletniemu dominatorowi i sprawiać mu problemy regularnie, a nie tylko jednorazowo, mając dobry dzień. Szkoleniowcowi sprzyjało też szczęście – w 1/8 finału poprowadził zespół do pewnego triumfu nad Lokomotivą Koszyce, a w ćwierćfinale uniknął najtrudniejszych rywali. Wylosował Skalicę, podczas gdy najgroźniejsi przeciwnicy mieli się pozabijać w rywalizacji Dunajska-Slovan. Dobrze się to układało dla jedenastki z Trnawy.

2026 rok zdawał się spokojnie zmierzać do końca ze Spartakiem czającym się na kolejne skalpy. Zaczynał się czas podsumowań i odpowiednie szykował też dyrektor handlowy klubu, analizując sprzedaż biletów, gadżetów i koszulek. Nawet tutaj Stach zostawił swój autograf, bo na liście najlepiej schodzących koszulek była ta Pukkiego. Fin był może bezużyteczny na boisku, ale marketingowo dawał zarobić. Kolekcjonerzy chcieli mieć t-shirt z nazwiskiem wielokrotnego reprezentanta kraju w lokalnych barwach. Wkrótce jednak ktoś inny miał przejąć od niego tę pałeczkę, stając się głównym tematem rozmów i kłótni na portalach społecznościowych…

Mizeria FM19 to kariera polskiego trenera-obieżyświata. Dorastał na Haiti i tam postanowił zostać nowym Kazimierzem Górskim. Stach Mizeria rozpoczął swoją przygodę w Puszczy Niepołomice, a później trafił do Zagłębia Sosnowiec. Widząc pusty trybuny miejscowego stadionu, zwątpił w szansę powodzenia projektu i wyjechał na Słowację, gdzie trafił do Spartaka Trnawa. Jego kolejne perypetie będziecie mogli śledzić w opowiadaniu w Gralingradzie. Nie chcesz przegapić następnego odcinka? Obserwuj profile bloga na Facebooku, Twitterze, Instagramie i YouTube. Możesz również wspomóc stronę na Patronite, a jeśli przyjemnie czytało Ci się tę karierę – postaw mi kawę, żebym mógł zarwać nockę na kolejną partyjkę z Football Managerem. 🙂

<—— Kariera FM 19: Transferowe kalendarium Stacha Mizerii

<—– Pierwszy odcinek kariery Stacha Mizerii w Football Manager 2019

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.